Old 01-03-18, 14:33   #1
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
Znów będziemy razem (gay, II wś)
UWAGA (opowiadanie w przeważającej większości gay, trochę bi/hetero, ale niewiele i w późniejszych odcinkach, jeśli homoseksualizm jest to coś, co lubisz, zrezygnuj)

– Alle raus... ja, ja, schneller... und gegen die Wand sich stellen... na aber schnell...
Staszek wywleczony siłą z tramwaju z drżącymi nogami podszedł pod ścianę i posłusznie położył ręce na zimnym, wilgotnym tynku. Chyba nawet nic nie myślał, wykonywał polecenia mechanicznie, a że niemiecki znał słabo, robił po prostu to, co sąsiedzi obok. W tej przejmującej ciszy, zmąconej jedynie stukotem obcasów oficerskich butów i dźwiękowym tłem, które do niego nie docierało, czuł zbierający się na plecach pot i łomotanie serca w klatce. Jak co dzień jechał na Kiercelak, zwykle wpadło parę marek za noszenie skrzyń z owocami, czasem upolowało się coś grubszego. Wychowany na Czerniakowie, on piętnastolatek, zazwyczaj dawał sobie radę nawet z największymi cwaniakami Warszawy, to towarzystwo nawet go bawiło, choć zdawał sobie sprawę, że jeździ tam głównie zarabiać. W gębie był mocny. W łapance jednak nie było wyg i cwaniaków. W milczeniu szedł za innymi rzędem do więźniarki. Po pierwszym strachu przyszła fala gorączkowych myśli co dalej. Mógł jedynie przewidzieć, że wiozą ich na aleje Szucha. W ciemności wnętrza ciężarówki usiłował szukać pocieszenia w twarzach współtowarzyszy niedoli, ale gdy już jego wzrok oswoił się z szarością, wyławiał tylko pojedyncze przestraszone spojrzenia.
– Du, still sitzen! Nicht bewegen! – doszło do niego szczeknięcie Niemca w mundurze. W mig pojął, że komenda była adresowana do niego. W tej chwili pomyślał o matce, o młodszej siostrze, o kolegach z Czerniakowskiej. Był jednak zbyt sparaliżowany, by płakać. Gdy wysiadał, z rozdygotania nie mógł trafić na stopień. Silne ramię mężczyzny w mundurze chwyciło go i wyciągnęło na ziemię. Staszek spojrzał mu prosto w oczy. Wydawało mu się, że zobaczył coś w rodzaju współczucia. Ale może mu się rzeczywiście tylko wydawało. W tej formacji współczucie było towarem bardziej deficytowym niż chleb czy margaryna.

Koszmar nie skończył bynajmniej się na alei Szucha, to było dopiero preludium. Po kilku dniach w celi dowiedział się, że jest przeznaczony na roboty do Niemiec.
– Jesteś młody, wyglądasz na zdrowego i silnego, ciesz się, że nie jedziesz gdzie indziej – pocieszali go współlokatorzy ciasnej, śmierdzącej celi. Nikt nie wymawiał nazwy tego miejsca, ale wszyscy wiedzieli o co chodzi. Był rok 1943, do Warszawy już powoli docierały informacje, co to jest za miejsce. Tylko alianci wierzyli, że Niemcy przestrzegają praw narodu podbitego.

Istotnie, po kilkunastu dniach przyszedł więzienny klawisz i wyczytał jego nazwisko i jeszcze jednego chłopaka z celi, osiemnastoletniego.
– Stanisław Wolski?
– Tak jest – odpowiedział regulaminowo. Klawisz mówił co prawda po polsku, ale jego wzrok był zimny i nie wyrażał sobą nic. Pewnie jakiś folksdojcz – pomyślał. Tylko tacy mieli szansę na taką pracę. Staszek miał zarwaną noc, cele nie były ogrzewane, a koce stare, śmierdzące i podziurawione, cele przeładowane tak, że spali po dwóch na jednej pryczy.. Miał nadzieję na kilka godzin snu po apelu, jeśli oczywiście pozwolą pospać. Teraz myślał tylko o tym, żeby znaleźć się jak najszybciej tam, gdzie pozwolą się wyspać.
– Pójdziecie ze mną – nakazał klawisz, a gdy wyszli, zamknął celę. Staszek czuł, że już więcej tu nie wróci. Pawiak? To tajemnicze i budzące grozę miejsce na O? Czy jeszcze co innego? Te roboty, o których mówili koledzy spod celi? Tu nawet nie było źle, prawie wszyscy byli z łapanki, rasowych kryminalistów było tylko dwóch.
Długo szli korytarzami, przez więzienne hale z dziesiątkami cel, aż zaprowadzili ich do biura, w którym siedziało dwóch niemieckich żołnierzy i paliło papierosy.
– Da sind die beide – powiedział klawisz i opuścił biuro. Jeden z oficerów podszedł do Staszka, chwycił go za muskuły ręki i uda.
– Gute Muskeln, wir nehmen ihn mit.
Staszek nie do końca zrozumiał, co powiedzieli, wiedział jednak, że jego los został przesądzony.

Drewniany, cuchnący wagon skrzypiał i chwiał się przy każdym zakręcie, monotonne stukanie kół o tory przerywał czasem czyjś szloch, pierdnięcie, chrapanie, kaszel czy inny odgłos. Staszek, który czyścioszkiem bynajmniej nie był, coraz częściej musiał hamować odruchy wymiotne, tak bardzo brakowało mu powietrza. Mimo iż od aresztowania minęły już prawie dwa tygodnie, jeszcze nie doszedł do siebie. Z uporem milczał zapytany o cokolwiek przez innych aresztowanych a później współtowarzyszy podróży. Co mich to obchodzi? Na razie musi skupić się na sobie. Starał się zapamiętać nazwy mijanych stacji, spostrzeżone przez szczeliny w wagonie, bo to może się do czegoś przydać. Łódź, Ostrowo, gdzie odłączyli jeden wagon, szybko poszła plotka, że do miejscowego obozu pracy, później Oels, Breslau, Waldenburg. Zaczął żałować, że nie przykładał się do geografii w szkole. Kojarzył tylko, że Breslau to dawne śląskie miasto zwane po polsku Wrocław, reszta brzmiała dla niego jak typowy szwabski bełkot. Ich pociąg nie zatrzymywał się zresztą na stacjach, musiał wytężać wzrok, by zauważyć te większe, które mogłyby się do czegoś przydać. Z Breslau pamiętał dużą, ciemną halę dworcową.

Kolejny wagon odłączono na dużej stacji Königszelt i Staszek dowiedział się, że miał sporo szczęścia, iż się w nim nie znalazł.
– Kamieniołomy – wyjaśnił mu starszy mężczyzna, jedyny, do którego był w miarę przekonany i z którym zamienił więcej niż kilka konwencjonalnych zdań. Mężczyzna miał na imię Marian, przed wojną był nauczycielem w szkole i miał wiedzę, która Staszkowi mogła się przydać. – Na przedgórzu Sudetów znajdują się kamieniołomy granitu, serpentynitu i innych kamieni budowlanych. Tu niedaleko jest miejscowość Striegau, gdzie są wyjątkowo duże.
– Co się robi w takich kamieniołomach? – zapytał Staszek. Dla niego, warszawiaka, z dziada pradziada, była to czysta abstrakcja. Słowo słyszał, ale kto tam zastanawiałby się, co ono znaczy?
– To miejsce, gdzie wydobywają granit. Praca polega na przewożeniu dużych bloków skalnych i ładowania ich na wagony. Nie dla ciebie robota, młodziku. Ile ty masz lat? Trzynaście? Czternaście?
– We wrześniu kończą piętnaście – odpowiedział z dumą w głosie.
– A nie wyglądasz – starszy pan pogładził go po głowie i Staszkowi w tym momencie zachciało się płakać. Pierwszy ludzki odruch odkąd zgarnęli go tam, na Nowogrodzkiej. Najchętniej przytuliłby się do tego faceta, ale nie wypadało.

Po dwóch dniach pociąg zatrzymał się na stacji Metzdorf im Riesengebirge, po raz pierwszy Staszek mógł wysiąść i rozprostować kości. Dotychczasowe postoje w celach higienicznych odbywały się pod ścisłą obserwacją Niemców, tu mieli nieco więcej swobody. Szybko gruchnęła plotka, że pociąg będzie podzielony, część pojedzie na Liegnitz, Berlin i w głąb Rzeszy, część do pobliskiego Hirschberga. Co dalej – nie wiadomo. Staszek po raz pierwszy w życiu widział góry. Wyglądały mniej potężnie niż w jego książce od geografii, niemniej budziły w nim jakiś respekt. Góra naprzeciw, zwieńczona trzema szczytami, prawie zapraszała do siebie.

Czego nauczył się przez te cztery ostatnie dni, to być uważnym i obserwować. Zaraz za Warszawą we frajerski sposób stracił dwie kromki chleba, wystarczająco dużo by nauczyć się, że nie ma współtowarzyszy niedoli, a każdy walczy przede wszystkim o siebie. Nagle spostrzegł, że stacja od jednej strony, właśnie od tej dziwnej góry, jest niestrzeżona przez kordon żołnierzy. Gdyby tak schować się za wagonem a później... – myślał gorączkowo. – Dobrze, ale co dalej? Jest na obszarze Rzeszy, wyhaltuje go pierwszy lepszy patrol policji. Zresztą, za co żyć, jak dostać się do Polski? Żeby tak choć jakąś mapę mieć... Warszawski rezon nie wystarczy, a na szczęście nie ma co liczyć. To, że Niemcy w przypadku ucieczki zabijają kogoś z transportu, stara warszawska plotka, jakoś specjalnie go nie przerażało. Nic go z tymi ludźmi nie łączyło. Jaką ma gwarancję, że jego nie zastrzelą za kogo innego? To w tej sytuacji liczyło się o wiele bardziej.

Pozostawała jeszcze jedna rzecz. Rzecz, której nazwy bał się wymówić, a która rozwijała się w nim od jakiegoś czasu. Był inny i wiedział to już w wieku trzynastu lat. Zaczęło się od "świńskich" rozmów z kuzynem podczas wakacji u ciotki na wsi pod Tłuszczem. Później były równie "świńskie" zabawy, głównie polegające na pokazywaniu sobie członków, których to zabaw prowodyrem był raz on, raz kuzyn, częściej jednak on sam. Gdyby ktoś się zapytał, dlaczego to robi, prawdopodobnie nie uzyskałby odpowiedzi. Z rozmów z kolegami wiedział, że to wyjątkowo zła rzecz i że za to dorośli idą do więzienia. Dowiedział się też przy okazji, że różnych rzeczy można dopatrzyć się w krzakach nad Wisłą, a że z Czerniakowa daleko nie miał. Kiedyś w letni dzień postanowił sprawdzić rewelacje kolegów i powłóczył się po nadwiślańskich zaroślach. Rzeczywiście, chłopacy mieli rację, a on na tyle miał szczęścia, że zaobserwował po raz pierwszy na oczy zakazany stosunek. Stał daleko, ale jak zahipnotyzowany wpatrywał się w poruszające się ciała. Ten starszy klęczał z wypiętym tyłkiem, młodszy wchodził w niego gwałtownymi pchnięciami. Wiele nie było widać, więcej chłopcu dopowiedziała jego własna wyobraźnia. Gdy już nasycił swoje oczy i przez spodnie wymiędlił swój sterczący członek, przestraszył się zarówno togo co widział, jak i tego, co zrobił, i starannie pilnując, by go nikt nie zobaczył, przedostał się na Mokotów, doznając mokrych potów na widok każdego patrolu granatowych. Przez pierwsze dni czuł się podle i obiecywał sobie, że nigdy więcej, aż zdał sobie sprawę, że przywołuje tamte obrazy z przyjemnością i poszedłby jeszcze raz, gdyby nie pechowe aresztowanie. Ale teraz? Jeśli Polacy za coś takiego wsadzają do więzienia, Niemcy będą pewnie zabijać. Trzeba się kryć, kryć, kryć – wbijał sobie do głowy. A z tym było ciężko, zwłaszcza, że od niedawna zaczęło mu lecieć
mleczko. Co prawda kumple to inaczej nazywali, lagier, ale to słowo kojarzyło mu się głównie z ruskimi obozami, które budował Stalin. Dla niego zawsze będzie to mleczko, jeszcze do niedawna przezroczyste i kleiste, obecnie białe, Mleczko zawsze mu leciało nad ranem i strasznie się tego wstydził. Później nauczył się sam wydobywać to mleczko, zwłaszcza jak patrzył na jakiegoś przystojnego faceta. Gdy już czuł, że zbliża się ten moment, przestawał patrzeć i leciał do ustępu, w krzaki albo w inne miejsce, w którym mógłby pozbyć się tego cholernego mleczka. Nie było to nieprzyjemne, o nie. W więzieniu widział w nocy, jak robił to chłopak, który spał z nim na pryczy. Robił to pod kocem, ale ręka cały czas uderzała o jego ciało.
– Przestań – poprosił szeptem.
– O co ci chodzi, młody? Potrzebujesz to wal sobie też – odpowiedział tamten. Staszek krępował się, ale gdy usłyszał sapania z innej pryczy, po prostu to zrobił, a mokry wynik zaskoczył go.
– I co, fajnie było? – szepnął tamten. – Szybko się spuszczasz i ostro lejesz, nawet mnie zachlapałeś. Ale nie szkodzi, wojna się skończy, poderwiesz jakąś laskę i zrobisz to po ludzku. Na szczęście koleś, starszy od niego, zaraz zasnął i nie wciągnął go w tę dziwną rozmowę. Tu w pociągu nie było szans na taką zabawę, w wagonie jechało dużo kobiet, dziewczynek i chłopców młodszych od niego. Staszek już wiedział, że o ile dorosły by go zrozumiał, przy dziecku byłoby mu niezręcznie. Zbyt dobrze pamiętał, jak był młodszy. Inni przecież nie mają takich zboczonych myśli jak on. Eh, ta dorosłość… Zawsze chciał być dorosły, teraz po raz pierwszy zapragnął być znów małym chłopcem, wolnym od takich problemów. No i nie aresztowaliby go.

Nowe odcinki i inna proza LGB autora na http://chomikuj.pl/trujnik
Pobranie na transfer autora

Ostatnio edytowany przez trujnik; 04-03-18 at 00:53.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 01-03-18, 14:36   #2
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
2.

Pod wieczór większa część pociągu rzeczywiście odjechała, zostały jedynie trzy wagony, które, jak się mówiło, czekają na lokomotywę. Może i czekały, tu rzadko kiedy dało się odróżnić prawdę od plotki. W każdym razie, jeśli miałoby to być prawdą, Staszek pragnął, by przyjechała jak najprędzej. Obojętnie co się stanie, wszystko jest lepsze od czekania i zawieszenia. Karmiono podle, suchy czarny chleb i wodnista zupa z brukwi czy innego świństwa musiały wystarczyć na cały dzień, ale jakoś nie odczuwał wielkiego głodu. Po biegunce, która chwyciła go w okolicach Wrocławia, nie pragnął niczego oprócz spokoju i zimnej wody. Jego przyjaciel z musu na szczęście został w wagonie. Staszek zastanawiał się, czy nie uczynić go powiernikiem swej tajemnicy, jednak po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Słyszał o metodach, jakimi Niemcy podczas przesłuchania potrafią wydobyć z człowieka każdą tajemnicę i to zadecydowało. Co prawda nauczyciel wyglądał na przyzwoitego, ale nie ma takiego człowieka, z którego nie są się nic wydobyć, wszystko jest kwestią metody. Sam za wiele jęzorem nie chlapał, ale wiedział, że stosując odpowiednie metody można z niego wydrzeć tajemnicę. Dlatego niech ten poczciwina jedzie nieobciążony czyimiś sekretami.

W środku nocy obudził go przeciągły gwizd, a z prześwitów w belkach ścian wagonów dochodziły promienie migocącego światła. Wkrótce doszedł do niego charakterystyczny zapach pary zmieszanej z węglem i dymem. Jeszcze raz p;ociągnął nosem, jakby chciał się upewnić. Parowóz przyjechał. I choć linia była zelektryfikowana w sposób dość podobny do tramwaju, zauważył, że jeżdżą głównie parowozy. Zastanawiał się dlaczego, czyżby prąd dostarczali nieregularnie? Znów nastała względna cisza, irytowało go jedynie sapanie i poruszanie się mężczyzny śpiącego po lewej. Mimo ciemności mógł zgadnąć, co tamten robi, dopomógł w tym wyczuwalny rytm ruchów i zapach męskiego podbrzusza. A jednak ktoś to tu robi. Naszła go mocna żądza, którą dusił w sobie drapiąc się po rękach i brzuchu. Członek wyprostował się mu i nabrzmiał do tego stopnia, że zaczął boleć przy każdej zmianie pozycji. A może go tylko pouciskać w główkę? Wiedział, że tak również może się zaspokoić, ale coś go powstrzymywało. Zawsze istniała szansa, że wyląduje z tym samym człowiekiem w jednej pracy i wtedy będzie miał nad nim przewagę. Przykre ale prawdziwe. Poza tym wiedział już, że mleczko wydaje specyficzny zapach, zwłaszcza następnego dnia, jeśli nie wyschnie i wtedy każdy go będzie mógł rozszyfrować. Musisz, musisz, musisz – dopingował się w myślach. – Przyjdzie koniec wojny, pomyślisz co dalej. Na razie nie ma tego tematu. Odsuwając ręce od siebie tak daleko, na ile to było możliwe, jakby bal się samego siebie, zasnął.

– Alle aufsteigen. Raus – obudziła go wywrzeszczana wściekłym głosem komenda i nagłe ostre światło, które zaatakowało jego wyrwane z zamknięcia oczy. Poczuł, że są mokre, musiał płakać przez sen. Instynktownie sprawdził, czy wylało się z niego z nocy, powąchał rękę ale oprócz niemytego ciała nic nie poczuł. Tyle co mu sterczał. W tym samym momencie, popychany przez innych niemal wypadł z wagonu i wraz z innymi znalazł się na peronie. Dalej go męczył potężny poranny wzwód, a że był już tak wcześnie dość bogato obdarowany przez naturę, bał się, że zostanie to zauważone i opacznie zrozumiane. Jego piętnastocentymetrowe utrapienie wyraźnie rysowało się na więziennych, drelichowych spodniach i odwracał się tak, by nie wpadł w oko żadnemu żandarmowi. Na szczęście pozwolono im na poranną toaletę na dworcu, co zlikwidowało problem. Jeden zażegnany a już pojawiały się następne. Popchnięciami i szturchańcami utworzono z nich rząd. I dano komendę odejścia. Później szli gdzieś długo, poganiani przez Niemców z psami, groźnie wyglądającymi owczarkami alzackimi, które reagowały na każdego, kto tylko wyłamał się z szyku. Marsz trwał kilka godzin i Staszek czuł, że jego siły starczą najwyżej na godzinę. Zaczynał powoli modlić się o przetrwanie. Gdzieś blisko było słychać strzały,czyżby dobijali tych, którzy nie dają sobie rady? To mobilizowało go coraz bardziej, mimo że czul ból przy każdym podniesieniu nogi. Na szczęście zanim całkowicie opadły go siły doszli do czegoś, co wyglądało jak jednostka wojskowa – czworokątny plac otoczony barakami, częściowo murowanymi, częściowo drewnianymi. Na czołowym miejscu stał maszt z flagą ze swastyką.
– Teraz będą badania lekarskie a później zostaniecie przydzieleni do waszych jednostek pracy – zakomunikowano na wstępie łamanym językiem polskim. – Stać tu i nie ruszać się. Nicht bewegen.
Chwilę później przyszedł inny wojskowy, mówiący płynną polszczyzną, choć z akcentem, z którym Staszek jeszcze się nie zetknął. Poinformował ich o tym, że od tej chwili mają status Zivilarbeitera, po czym nastąpiła litania obowiązków i zakazów. Staszek słuchał tego z rosnącym przerażeniem. Do godziny policyjnej przywykł, nowością był dla niego zakaz oddalania się z miejsca zakwaterowania bez zezwolenia, nie wolno było również pojawiać się w miejscach publicznych, jeździć autobusami czy pociągami. Była tego taka masa, że już w połowie zapomniał o tej części, która była na początku. Wreszcie najgorsze na koniec: jakiekolwiek zbliżenie się do niemieckiej kobiety bądź mężczyzny będzie karane śmiercią. Oczywiście to był eufemizm, Staszek szybko zrozumiał, o co naprawdę chodzi, w końcu nie był dzieckiem. Jeśli dotychczasowe zakazy wywoływały w nim tylko uczucie niemego protestu, ten spowodował zwierzęcy wręcz strach – bo wiedział, że akurat pod tym względem Niemcy pobłażliwi nie będą. Na zakończenie rozdano wszystkim trójkątne naszywki z literą P, którą musieli nosić na ubraniach roboczych, koniecznie na prawej piersi. Brak będzie surowo karany. W to akurat nie wątpił.

Później zapowiedziano badania lekarskie. Oczywiście swoje trzeba było odstać w kolejce. To właśnie tu decydowały się ich losy. Jedni wychodzili spokojni, inni zdenerwowani, jakiś starszy mężczyzna płakał. Wchodzono pojedynczo do małego pokoju śmierdzącego silnie chloroformem pomalowanego na zielono. Gdy przyszła kolej na Staszka, wszedł niepewnym krokiem. Za biurkiem siedział starszy, gruby lekarz w białym kitlu i w okularach.
– Deine Name?
– Staszek Wolski.
– Gut. Ausziehen.
Staszek zdjął bluzę i czekał na dalszy rozwój wypadków.
– Hosen auch – powiedział suchym głosem lekarz i ręką wykonał gest w dół.
Był to drugi raz, kiedy kazano wykonać mu tę odzierającą z godności czynność, lecz po raz pierwszy sam na sam z lekarzem. Właśnie tak się czul, odzierany z godności, grubego lekarza się nie bał, wiedział, że gdy zamknie drzwi tego gabinetu, nie zobaczy go więcej. Ten nawet nie ruszył się z miejsca, a obrzucił chłopaka przeciągłym spojrzeniem. Staszkowi wydawało się, że się nawet uśmiechnął. Sparaliżowany strachem, zwłaszcza przed niewłaściwą reakcją posłusznie spełnił rozkaz.
– Gut, gut, sehr gut. Zieh dich an. Oder... Warte mal.
O co mu chodzi? – myślał gorączkowo, gdy lekarz wpatrywał się w niego przeciągle a Staszek mógł tylko odgadnąć, na czym koncentruje swe spojrzenie. Na dodatek poczuł niepokojące ciśnienie w członku. Nawet nie starał się na niego patrzeć. Trochę to trwało, gdy usłyszał następne polecenie.
– Dreh dich um.
– Was? – nie zrozumiał.
– Zeig deinen Arsch. Arsch – powtórzył. – Dupa.
Chłopiec rozumiejąc polskie słowo mało się nie uśmiechnął, zwłaszcza że ten Niemiec tak śmiesznie je wymówił. Dusząc uśmiech odwrócił się na żądanie lekarza i dopiero wtedy zauważył, że członek jest już mocno oderwany od pionu. Wystraszył się. Prawie nie usłyszał następnych słów lekarza.
– Gut, jetzt zieh dich an.
Staszek nie wiedział o co chodzi, intuicyjnie wyczuwał. Czyżby trafił swój na swego? Ten doktorek oglądał go zdecydowanie za długo jak na zwykłe zainteresowanie pacjentem, nawet tak szczególnym, jak więzień Rzeszy. O stosunku do homoseksualizmu w Rzeszy słyszał co nieco, lecz za mało, by sobie wyrobić jakąkolwiek opinię. Nie to było codziennym zmartwieniem w Warszawie. Mogło co najwyżej stanowić temat plotek na Kercelaku i martwić starszych ******stów poszukujących młodych kochanków, bo że tacy są, dowiedział się również. Prasa rzecz jasna nie informowała o tym, co się dzieje w Rzeszy, zresztą szkopską gadzinówkę Nowy Kurier Warszawski, zwaną potocznie ****ar czytywało się głównie dla ogłoszeń a inne tytuły nie były dostępne. A może chodzi o co innego? – zastanawiał się. Nie miał prawie wcale włosków nad członkiem, ot kilka przy samej nasadzie. A chłopaki w jego wieku mieli już klaki prawie po pępek, co widział, kiedy przebierali się w krzakach po kąpieli nad Wisłą. Może uznają go niepełnosprawnym czy innym niedorozwiniętym i zastrzelą? Tu człowiek nie był pewny nawet minuty. Tymczasem doktor pisał coś w grubej księdze i nie przejmował się jego losem, tak przynajmniej mu się wydawało.
– Du bist ein guter Junge – usłyszał na odchodnym. Czuł się poniżony, obdarty z tajemnicy, a jednocześnie głos lekarza brzmiał zaskakująco obiecująco i uspokajająco. Zresztą jedno poniżenie więcej nie stanowiło już dla niego większego problemu. Wiedział, że będzie jeszcze gorzej.

Po badaniu lekarskim zabierano mężczyzn do łaźni, wszystkich, od trzynastego roku życia do późnej starości. Było to jedno z tych pomieszczeń pachnących chloroformem. Tak jak inni rozebrał się w zimnym korytarzu. Nauczony w więzieniu złożył swoje przepocone rzeczy w kostkę.
– Ty w majtkach? – zwrócił mu uwagę jeden z towarzyszy niedoli. – A co ty tam takiego masz, że tak się boisz? Nie bój się, ptaszek nie wyfrunie.
Zimna woda szybko postawiła go na nogi i zmyła część zmęczenia długą podróżą. Chcąc niechcąc rozejrzał się dokoła. Pierwszy raz był nago w towarzystwie innych mężczyzn. Niektórzy mu się podobali, ale właśnie na nich nie mógł sobie pozwolić patrzyć. Stanął więc kolo jakichś młodych chłopców, jeszcze mniej rozwiniętych niż on, gdzie niebezpieczeństwo wpadki mu nie groziło.
– Ale ty masz dużą parówę – powiedział jakiś blondasek, któremu Staszek z chęcią nałożyłby za sam wyraz twarzy. A za tę uwagę przyłożyłby podwójnie.
– Pilnuj swojego ogryzka – odburknął.
- Ale ja jestem wyższy od ciebie – nie dawał za wygraną chłopak. – A jak mi wyrosną włoski, to będę jeszcze wyższy.
– A rób sobie co chcesz – odburknął Staszek i wyszedł z prysznica. Po kąpieli dostali szare, pewnie więzienne ubrania i obiecane trójkąty.

I znów ten kwadratowy plac z białymi barakami, który Staszek zdążył znienawidzić, zwłaszcza że zaczęło padać i chłodny jesienny wiatr wiejący od pobliskich gór nieprzyjemnie smagał policzki. Z placu znikali ludzie, dziesięciu wzięła huta szkła, po czwórkę przyjechał bauer z sumiastym wąsem wozem konnym. Pod koniec popołudnia na placu zostało kilkoro mężczyzn i on. Staszek przeżył dreszcz zawodu, gdy jego nowy przyjaciel został zabrany przez jakiegoś bauera. Wreszcie wywołano jego nazwisko.
– Ty pojedziesz pociągiem do Schreiberhau, a na dworcu odbierze cię twój pracodawca – zakomunikowano mu, nie mówiąc przy tym, o jaką pracę chodzi. To znów mogło być wszystko i nic. Gdyby brali do kamieniołomów, to przecież nie pojedynczo – uspakaja się. Już zdążył się dowiedzieć, że w kamieniołomach ginie najwięcej więźniów, że nie cackają się z chorymi, że wolą dobić niż wyleczyć i tego bał się najbardziej. O innych pracach nie miał żadnego pojęcia. Co takiego mogą dać mu do roboty? I czy będzie sam czy z innymi Polakami? Samemu będzie ciężko, a tego szkopskiego świergotania to on się nigdy nie nauczy, jeszcze czego.

Na dworzec odwieziono go gazikiem a do pociągu wsiadł z niemieckim żołnierzem trzymającym go za ramię.
– Tylko nie próbuj mi żadnych sztuczek bo zastrzelę – ostrzegł go całkiem dobrą polszczyzną, która jeśli miała jakiś akcent to na pewno nie niemiecki, a bardziej ukraiński lub białoruski. Zresztą powiem ci jedno – ciesz się. Masz z czego. Nic więcej ode mnie nie usłyszysz.
W pociągu czuł parcie na pęcherz. Był blisko zesikania się w spodnie a wiedział, że na to w żadnej mierze nie może sobie pozwolić, zwłaszcza że z uwagi tego sołdata wynikało, że nie trafi najgorzej. Szkoda byłoby to wszystko zniszczyć jakimś głupim ruchem.
– Muszę do toalety – powiedział szarpiąc żołnierza za ramię.
– Samego cię nie puszczę. Srać czy szczać? – zapytał.
Staszek na dźwięk tych słów skulił się w sobie, do tej pory tylko jego kumple przemawiali tak wulgarnie, w domu, mimo że ubogim i robotniczym mówiło się inaczej. Pokazał palcem na krocze.
– To masz szczęście – odpowiedział żołdak, uderzeniem w ramię dał znać, żeby wstał. Przeszli pół pociągu, aż przy wejściu do wagonu znaleźli toaletę. Cały czas trzymając chłopca za ramię wojskowy otworzył toaletę, zlustrował ją wzrokiem, po czym pchnął Staszka, wchodząc za nim do ustępu.
– Okno – powiedział lakonicznie. Staszek popatrzył w lewo i zauważył rozsuwane okno. Rzeczywiście można by pokusić się o ucieczkę, pomyślał. Wyjął członek i zaczął sikać, żołnierz stał z boku, bez skrępowania patrząc na tę intymną czynność fizjologiczną. To już następne poniżenie, pomyślał Staszek, przestał nawet liczyć, które z kolei.
– Długi **** – powiedział żołnierz, gdy narząd zniknął już w spodniach chłopca. Staszek pomyślał, że gdyby nie oczywista przewaga we wzroście i sile, wyrżnąłby go w tę bezczelną mordę. Tak, tyle że gdyby rzeczywiście byli równi, na pewno nie jechałby w tak marnej obstawie, a wylądowałby w jakichś kamieniołomach czy czymś podobnych. Jednak chyba lepiej w tej sytuacji być dzieckiem, nawet jeśli się ma długiego. Gdy wrócili na miejsce, resztki światła dziennego zanikły.

Nowe odcinki najszybciej znajdziesz na http://chomikuj.pl/trujnik

Ostatnio edytowany przez trujnik; 02-03-18 at 22:38.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 02-03-18, 09:23   #3
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
Czy ktoś to czyta? Bo jeśli tak, to wrzucę kolejne odcinki.
__________________
onanizm po węgiersku – vàlenye kőnyà
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 02-03-18, 19:06   #4
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
3.

Mimo wszystko w mało radosnym nastroju wysiadał mocno po zmroku na średniej wielkości stacji stacji. Dziwnej, zamkniętej z jednej strony granitową skałą i oświetlonej mdłym światłem peronowych latarni. To uświadomiło mu, że jest w górach. Czarny napis Oberschreiberhau oznajmiał nazwę miejscowości. Na peronie stał mężczyzna w średnim wieku, wysoki, barczysty i wyglądający mało przyjemnie. To właśnie do niego podszedł jego żandarm. Staszek obrzucił mężczyznę taksującym wzrokiem. Jeśli to ten, to nie wiem, czy tak dobrze trafiłem…
– Herr Lemke? – zapytał żołnierz.
– Ja.
– Da haben Sie ihren Knabe – powiedział żołnierz, po czym strzelając obcasami oddalił się. Staszek bez słowa został doprowadzony do konnej bryczki. Nic, dzień dobry, dobry wieczór czy cokolwiek, jakby w ogóle nie istniał. Następną godzinę jechali w niewiadomym kierunku. Wiedział już, że musi obserwować okolicę, tymczasem nie widział nic oprócz drogi mi ciemnego lasu. Zaczął się bać. Herr Lemke nie odezwał się do niego ani razu również podczas jazdy w to nieznane miejsce. Staszek zastanawiał się, czy dlatego, że nie pozwalała mu na to jego niemiecka godność, czy powód zgoła inny. Po ponad godzinie dotarli na miejsce, o którym nie mógł powiedzieć nic ponadto, że był dom, jakieś pola i ogród. I że przejeżdżali przez jakąś miejscowość zaraz przedtem, której nazwy nie mógł się dopatrzyć z powodu ciemności.

Lemke wprowadził go do domu, gdzie kazał mu się umyć w lodowatej wodzie, po czym zaprowadził do stodoły, stojącej jakieś pięćdziesiąt metrów od chałupy, przy czymś, co przypominało zabudowania gospodarcze.
– Tu będziesz spać. W zimie będziesz mieszkał w murowanej przybudówce do chlewika. I spać, bo rano wstajesz o siódmej.
I wyszedł. Staszek nawet nie liczył na Gute Nacht, którego zresztą się nie doczekał. Zastanawiał się raczej, czy ten mężczyzna może być okrutny. Różnie się mówiło o robotach w Niemczech, przeważały opisy brutalności, nawet ponoć bywały przypadki, że bauer zabił swojego sługę albo zgłosił w arbeitsamcie czy na policji, co kończyło się wywozem do obozu. Staszek niejednokrotnie zastanawiał się, skąd ludzie to wiedzą, stamtąd raczej się nie wracało a przynajmniej jemu taki przypadek był nieznany. Przez ostatnie dni przyzwyczajał się do myśli, że teraz będzie musiał walczyć o życie. Na razie rozkoszował się samotnością, tym, że obok nikt nie chrapie i nie pierdzi, aromat siana dodatkowo go uspokajał, tak długo dokąd w gonitwie myśli nie zahaczył o dom i rodzinę. Mimo swoich prawie szesnastu lat rozpłakał się.
Gdy już uspokoił się, zauważył, że mimo kilkunastokilometrowego marszu, przejściach na placu i w gabinecie lekarskim, wreszcie jeździe pociągiem z chamem z mundurze, wcale nie chce mu się spać. Pomyślał, że teraz jest czas, by pozbyć się tego mleczka, które nagromadziło mu się od samej Warszawy. Dopiero odkrywał swój organizm. Przypomniał sobie sceny z gabinetu lekarskiego, tego grubego lekarza o dobrodusznej twarzy, który go tak oglądał. Teraz już nie czuł zażenowania a raczej podniecenie, które wzrosło jeszcze bardziej, kiedy uwolnił dolną część korpusu od spodni. Było zimno, lecz on go nie odczuwał. Kilkanaście ruchów napletkiem wystarczyło, by uwolnił się od ciężaru już prawie rozrywającego jądra. Nie musiał się chwilowo niczego bać, był sam, nikt nad nim nie stał, toteż pozwolił sobie na pełny relaks, długie, głośne oddechy. Gdy nastąpił ten moment, którego oczekiwał, poczuł, że krew odpływa mu z głowy. Nawet nie pamiętał czy schował członek na miejsce, kiedy zasnął.

Rano obudził go damski głos:
– Wach auf, es ist fast neun Uhr! Lass nicht meinen Mann kennenlernen, dass du so lange geschlafen hast... Zum Glück ist er herausgefahren und kommt zurück morgen früh oder vielleicht später...
Staszek mało rozumiał z tego niemieckiego szczebiotu, domyślił się jedynie, że kobieta jest żoną pana Lemkego i że gospodarz gdzieś wyjechał. Po chwili kobieta przyniosła mu śniadanie, kubek gorącego mleka i biały chleb z margaryną. Staszek takich delikatesów nie jadł od bardzo dawna, toteż pożywienie wchłonął szybko, mimo że wiedział, że będzie go po tym bolał brzuch. Po szybkim śniadaniu i umyciu naczyń wodą z przydomowej studni z kołowrotem dostał polecenie skopania tej części ogródka, która uwolniona już była z płodów. Po zakończeniu kopania do wieczora korował pnie. Gdyby tylko zszedł z pola, czekała go kolacja, znów podobna do śniadania. Frau Lemke, szczupła, niemal kostyczna kobieta w średnim wieku była pewnie lepsza niż jej mąż, którego nie lubiłem już od samego początku. Mógłbym się założyć, że współczuje mi losu, jednak nie zdradziła się ani słowem. Jej polecenia były suche, pozbawione jakichkolwiek emocji, nie licząc jej porannej perory.

Gdy gospodarz wrócił, rozpoczęły się dni podobne jeden do drugich i wypełnione ciężką pracą. Lemke był właścicielem całkiem sporego lasu i sprzedawał z niego drewno, ponoć na potrzeby Wehrmachtu, w każdym razie regularnie przyjeżdżały wojskowe ciężarówki, które załadowywali żołnierze. Gospodarstwo Lemkego oprócz lasu składało się z całkiem sporej hodowli świń i pola z drugiej strony wsi i od Staszka wymagano pracy przy tym wszystkim: zwózce drzewa, karmieniu trzody, utrzymaniu ogrodu. Tego wszystkiego dowiedział się już kilka dni po jego przybyciu. Praca była ciężka, pracował od szóstej rano do szóstej wieczór a czasem nawet dłużej, bywało, że wracał swojej nory dobrze po dziesiątej. Na jedzenie nie narzekał, było przyzwoite, choć nigdy nie zasiadł do stołu z gospodarzami, podawano mu to na małym stoliku w drewutni, a po ukończeniu posiłku Staszek musiał położyć opłukane w studziennej wodzie naczynia na schodach werandy. Do domu miał wstęp wzbroniony. Nie, żeby ktoś mu powiedział to dosłownie, po prostu zawsze na schodach był zatrzymywany gestem dłoni, oznaczającym „dalej nie wolno”. Stosunki z gospodarzami... Cóż, prawie ich nie było. Jedynie wykonywał suche polecenia Lemkego, który miał na tyle oleju w głowie, by w przypadku nieporozumienia językowego pokazać, co jest do zrobienia. Frau Lemke unikała chłopaka, choć Staszek byłby w stanie przysiąc, że przynajmniej raz próbowała go podpatrzeć przy kąpieli. O wiele szybciej przyszło mu ułożenie sobie stosunków ze zwierzętami, pies go zaakceptował a rudy kot polubił go do tego stopnia, że spał z nim w stodole. Był to zresztą jedyny partner do rozmowy, wieczorami wysłuchiwał długich monologów Staszka, który czuł, że ma wdzięcznego słuchacza.

Również czynności osobiste były ograniczone przez panujące warunki. Rano mycie przy studni w lodowatej wodzie, nierzadko bez ręcznika. Dali mu jakiś, ale trzymał go u siebie w drewutni i podczas długich deszczy pachniał nieprzyjemnie i nie nadawał się do użycia. Co do kąpieli, odbywał ją w tym samym miejscu, w blaszanej balii, w której mógł co najwyżej usiąść. Czasem, przy sobocie Frau Lemke zagrzała mu trochę wody, uważał wtedy, że pławi się w luksusie. Prywatności przy tym nie miał żadnej, jeśli podczas jego kąpieli Frau Lemke wyszła na dwór, widziała wszystko, co było wystawione na widok publiczny. Na początku Staszek na jej widok wchodził deo wanny i czekał w niej tak długo aż zniknie z pola widzenia. Później już mu było wszystko jedno, a kobieta zachowywała się dyskretnie: nie gapiła się, odwracała wzrok. Inaczej było z jej mężem, tego nie peszyła golizna chłopca, jeśli miał coś do powiedzenia, bez skrępowania podchodził do wanny czy wycierającego się Staszka i nawet nie ukrywał, że patrzy na jego figurę, z wiadomymi narządami włącznie. Gdy był podpity, pozwalał sobie na rubaszne uwagi.
– Du hast einen langen Schwanz – powiedział i uśmiechał się dziwnie. Tylko raz podczas jego całego pobytu, kilka tygodni po jego przyjeździe zdarzyło się coś więcej. Lemke był podpity, jak to zwykle w sobotę, kiedy wszystkie prace były już wykonane i można było się odprężyć. Staszek kończył już sobotnią kąpiel, kiedy właściciel wyszedł z domu i podszedł do niego lekko chwiejnym krokiem, a następnie wpatrywał się w niego jak zwykle. Gdy chłopiec już chciał założyć spodnie,, przytrzymał go gestem i chwycił w dłoń jego członek. Ciepła ręka spowodowała, że zaczął szybko nabrzmiewać. Kiedy był już gotowy, Lemke popatrzył na niego.
– Du bist nicht ein Schwul, nicht wahr? – zapytał, po czym puścił organ. – Dobry chłopak jesteś – powiedział – i już gotowy, jak widzę. Tylko uważaj na moją żonę. Ja wiem, że ona by chciała. Jej podobają się młodzi faceci, tylko mi tego nie powie prosto w twarz.
To był pierwszy raz, kiedy Staszkowy organ znalazł się w obcej ręce. I znów nie odbierał tej sytuacji jako poniżającej, czul się dokładnie tak samo, jak u tamtego doktora. A ręka była ciepła i przyjemna, jeden z milszych momentów w jego więziennym życiu. Już na coraz zimniejszym sienniku długo rozpamiętywał ten moment, wyobrażając sobie, że Herr Lemke zacznie mu wydobywać mleczko.

Dom miał jeszcze jednego mieszkańca: Alberta, syna państwa Lemke. Ten jednak nie mieszkał na miejscu a w internacie w Dreźnie. Lemke był co prawda tylko bauerem, ale na tyle bogatym, by sobie pozwolić na gruntowną edukację syna. Zresztą Staszek zauważył, że we wsi Lemke traktowany był z respektem i szacunkiem a każdy, kto zawitał do jego gospodarstwa, witał go uchyleniem kapelusza. O istnieniu Alberta Staszek został poinformowany raz i o temacie szybko zapomniano.

Kiedyś podczas przerwy w pracy w świniarni Lemke przyłapał Staszka na czytaniu Völkische Beobachtera. O edukację chłopca rzecz jasna nikt się nie troszczył, wystarczyło że rozumiał podstawowe polecenia i je wykonywał. Cała reszta była zapomniana. Rzecz jasna czytanie organu NSDAP nie było niczym karalnym, jednak Staszek zauważył od razu, że Lemkemu się to nie spodobało.
– Rozumiesz to co czytasz? – zapytał.
– Tak...
– To tym bardziej to zostaw – powiedział i zabrał chłopcu czasopismo. Staszek, który nie kojarzył dotąd faktów, bo i przesłanek miał mało, zdziwił się. Przecież porządny Niemiec interesuje się wojną i
– Jak już musisz coś czytać, to przyniosę ci stare książki Alberta – szepnął mu do ucha, jako że w pomieszczeniu dla robotników było kilka osób ze wsi. – Ale nikomu ani słowa – popatrzył na niego groźnie.
Po czym po kilku dniach późnym wieczorem przyniósł mu kilka książek. Staszek ze zdziwieniem zauważył, że nie były to żadne propagandowe wydawnictwa dla Hitlerjugend, których oczekiwał, a solidna literatura: Goethe, Mann, Tołstoj w tłumaczeniu. Ciężko przebijał się przez tekst, ale rozumiał coraz więcej. Tołstoja polubił za to, że była to jedyna książka pisana nie gotykiem a normalnym alfabetem łacińskim, który dopiero był w Niemczech nowością, nie przez wszystkich tolerowaną. Co prawda jego czytanie niemieckiego dalej polegało na tym, że bardziej musiał zgadywać i domyślać się niż bezpośrednio rozumieć, jednak z dnia na dzień pojmował coraz więcej. Ten moment, kiedy mógł wziąć do ręki Wojnę i pokój był jedynym, kiedy w pełni się relaksował. Czytał głównie w niedzielne popołudnie, kiedy gospodarstwo spało, Lemke spał albo pił a Frau Lemke szła do sąsiadek na ploty. Gdyby pojawił się w okolicy domu, na pewno wynaleźliby mu coś do roboty.

Oczywiście miejscowa policja się nim interesowała a Lemke musiał składać raporty o tym, jak Staszek się zachowuje, czy nie przejawia chęci ucieczki, o którą w Karkonoszach wcale nie było tak trudno, nawet jeśli miały to być okupowane Czechy, a także jak przebiega jego proces zniemczania. Czasem sam musiał przechodzić nieprzyjemne rozmowy z niemiecką policją. To wszystko wywoływało u Staszka mieszane uczucia. Polaków w zasadzie nie spotykał, we wsi pracowało jeszcze kilku, ale nie miał z nimi większego kontaktu i nawet się nie starał. Zresztą przy tej organizacji czasu nie było to możliwe. Po pół roku wiedział już na pewno, że trafił dobrze, oczywiście przy zachowaniu proporcji. Brak mu było informacji z kraju, nie wiedział, jak naprawdę przedstawia się sytuacja na froncie, a propagandzie nie do końca wierzył. Oczywiście czytał Beobachtera a nawet wściekle antysemickiego Stürmera, ale tak, by nie rzucać się w oczy Lemkemu, a to tylko dlatego, że stanowiło to jedyne źródło jego wiadomości. O Polsce pisano niewiele i tylko jako o części Rzeszy, nie mógł zatem dowiedzieć się o życiu w kraju. Kraju, za którym coraz bardziej tęsknił i w myślach zaczął go sobie coraz bardziej idealizować. Jednak jedyną prawdziwą barierę stanowiła dla niego rodzina, nie mógł o nich myśleć bez bólu. Poza tym połykał kolejne dni spędzane na korowaniu drzew, karmieniu świń i robocie w polu, nie czuł uciekającego czasu. Zima była lżejsza niż zeszłoroczna, którą spędził jeszcze w Warszawie, jakoś przebiedował w swojej drewutni, w której Lemke powiesił jakieś szmaty na ścianach, by było cieplej. Którejś nocy pojawił się, gdy Staszek już spał. Obudził go i szeptem poinformował:
– Tu masz moje stare gacie i koszule, które stara chciała wyrzucić na śmieci. Szkoda by było odmrozić takiego dużego kutasa – powiedział śmiejąc się.
Jednego Staszek nie umiał, a wobec Niemców nawet by się na to nie zdobył, mianowicie okazywania wdzięczności. Bąknął tylko jakieś niewyraźne Danke. Ta rubaszna uwaga mu nie przeszkadzała, wszystko co miało posmak seksu, w więc przyjemności, było mile widziane.

Któregoś wieczoru zauważył spory kawałek ciasta dodany do jego kolacji. Zdziwił się, bo karmiono go choć w miarę solidnie, to bardzo podstawowo, dopiero wieczorem skojarzył ten fakt ze swymi urodzinami. Zastanawiał się, skąd o tym wiedzą, pewnie muszą mieć jakieś jego dokumenty. Nie wie, co przyszło na jego temat z Warszawy czy Hirschberga. Tu nazwiskami Polaków się właściwie nikt nie przejmował.

c.d.n.

Nowe odcinki najszybciej znajdziesz na beztabu.com

Ostatnio edytowany przez Kalilah; 02-03-18 at 19:30.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 04-03-18, 00:00   #5
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
4.

Mimo wszystko w mało radosnym nastroju wysiadał mocno po zmroku na średniej wielkości stacji stacji. Dziwnej, zamkniętej z jednej strony granitową skałą i oświetlonej mdłym światłem peronowych latarni. To uświadomiło mu, że jest w górach. Czarny napis Oberschreiberhau oznajmiał nazwę miejscowości. Na peronie stał mężczyzna w średnim wieku, wysoki, barczysty i wyglądający mało przyjemnie. To właśnie do niego podszedł jego żandarm. Staszek obrzucił mężczyznę taksującym wzrokiem. Jeśli to ten, to nie wiem, czy tak dobrze trafiłem…
– Herr Lemke? – zapytał żołnierz.
– Ja.
– Da haben Sie ihren Knabe – powiedział żołnierz, po czym strzelając obcasami oddalił się. Staszek bez słowa został doprowadzony do konnej bryczki. Nic, dzień dobry, dobry wieczór czy cokolwiek, jakby w ogóle nie istniał. Następną godzinę jechali w niewiadomym kierunku. Wiedział już, że musi obserwować okolicę, tymczasem nie widział nic oprócz drogi mi ciemnego lasu. Zaczął się bać. Herr Lemke nie odezwał się do niego ani razu również podczas jazdy w to nieznane miejsce. Staszek zastanawiał się, czy dlatego, że nie pozwalała mu na to jego niemiecka godność, czy powód zgoła inny. Po ponad godzinie dotarli na miejsce, o którym nie mógł powiedzieć nic ponadto, że był dom, jakieś pola i ogród. I że przejeżdżali przez jakąś miejscowość zaraz przedtem, której nazwy nie mógł się dopatrzyć z powodu ciemności.

Lemke wprowadził go do domu, gdzie kazał mu się umyć w lodowatej wodzie, po czym zaprowadził do stodoły, stojącej jakieś pięćdziesiąt metrów od chałupy, przy czymś, co przypominało zabudowania gospodarcze.
– Tu będziesz spać. W zimie będziesz mieszkał w murowanej przybudówce do chlewika. I spać, bo rano wstajesz o siódmej.
I wyszedł. Staszek nawet nie liczył na Gute Nacht, którego zresztą się nie doczekał. Zastanawiał się raczej, czy ten mężczyzna może być okrutny. Różnie się mówiło o robotach w Niemczech, przeważały opisy brutalności, nawet ponoć bywały przypadki, że bauer zabił swojego sługę albo zgłosił w arbeitsamcie czy na policji, co kończyło się wywozem do obozu. Staszek niejednokrotnie zastanawiał się, skąd ludzie to wiedzą, stamtąd raczej się nie wracało a przynajmniej jemu taki przypadek był nieznany. Przez ostatnie dni przyzwyczajał się do myśli, że teraz będzie musiał walczyć o życie. Na razie rozkoszował się samotnością, tym, że obok nikt nie chrapie i nie pierdzi, aromat siana dodatkowo go uspokajał, tak długo dokąd w gonitwie myśli nie zahaczył o dom i rodzinę. Mimo swoich prawie szesnastu lat rozpłakał się.
Gdy już uspokoił się, zauważył, że mimo kilkunastokilometrowego marszu, przejściach na placu i w gabinecie lekarskim, wreszcie jeździe pociągiem z chamem z mundurze, wcale nie chce mu się spać. Pomyślał, że teraz jest czas, by pozbyć się tego mleczka, które nagromadziło mu się od samej Warszawy. Dopiero odkrywał swój organizm. Przypomniał sobie sceny z gabinetu lekarskiego, tego grubego lekarza o dobrodusznej twarzy, który go tak oglądał. Teraz już nie czuł zażenowania a raczej podniecenie, które wzrosło jeszcze bardziej, kiedy uwolnił dolną część korpusu od spodni. Było zimno, lecz on go nie odczuwał. Kilkanaście ruchów napletkiem wystarczyło, by uwolnił się od ciężaru już prawie rozrywającego jądra. Nie musiał się chwilowo niczego bać, był sam, nikt nad nim nie stał, toteż pozwolił sobie na pełny relaks, długie, głośne oddechy. Gdy nastąpił ten moment, którego oczekiwał, poczuł, że krew odpływa mu z głowy. Nawet nie pamiętał czy schował członek na miejsce, kiedy zasnął.

Rano obudził go damski głos:
– Wach auf, es ist fast neun Uhr! Lass nicht meinen Mann kennenlernen, dass du so lange geschlafen hast... Zum Glück ist er herausgefahren und kommt zurück morgen früh oder vielleicht später...
Staszek mało rozumiał z tego niemieckiego szczebiotu, domyślił się jedynie, że kobieta jest żoną pana Lemkego i że gospodarz gdzieś wyjechał. Po chwili kobieta przyniosła mu śniadanie, kubek gorącego mleka i biały chleb z margaryną. Staszek takich delikatesów nie jadł od bardzo dawna, toteż pożywienie wchłonął szybko, mimo że wiedział, że będzie go po tym bolał brzuch. Po szybkim śniadaniu i umyciu naczyń wodą z przydomowej studni z kołowrotem dostał polecenie skopania tej części ogródka, która uwolniona już była z płodów. Po zakończeniu kopania do wieczora korował pnie. Gdyby tylko zszedł z pola, czekała go kolacja, znów podobna do śniadania. Frau Lemke, szczupła, niemal kostyczna kobieta w średnim wieku była pewnie lepsza niż jej mąż, którego nie lubiłem już od samego początku. Mógłbym się założyć, że współczuje mi losu, jednak nie zdradziła się ani słowem. Jej polecenia były suche, pozbawione jakichkolwiek emocji, nie licząc jej porannej perory.

Gdy gospodarz wrócił, rozpoczęły się dni podobne jeden do drugich i wypełnione ciężką pracą. Lemke był właścicielem całkiem sporego lasu i sprzedawał z niego drewno, ponoć na potrzeby Wehrmachtu, w każdym razie regularnie przyjeżdżały wojskowe ciężarówki, które załadowywali żołnierze. Gospodarstwo Lemkego oprócz lasu składało się z całkiem sporej hodowli świń i pola z drugiej strony wsi i od Staszka wymagano pracy przy tym wszystkim: zwózce drzewa, karmieniu trzody, utrzymaniu ogrodu. Tego wszystkiego dowiedział się już kilka dni po jego przybyciu. Praca była ciężka, pracował od szóstej rano do szóstej wieczór a czasem nawet dłużej, bywało, że wracał swojej nory dobrze po dziesiątej. Na jedzenie nie narzekał, było przyzwoite, choć nigdy nie zasiadł do stołu z gospodarzami, podawano mu to na małym stoliku w drewutni, a po ukończeniu posiłku Staszek musiał położyć opłukane w studziennej wodzie naczynia na schodach werandy. Do domu miał wstęp wzbroniony. Nie, żeby ktoś mu powiedział to dosłownie, po prostu zawsze na schodach był zatrzymywany gestem dłoni, oznaczającym „dalej nie wolno”. Stosunki z gospodarzami... Cóż, prawie ich nie było. Jedynie wykonywał suche polecenia Lemkego, który miał na tyle oleju w głowie, by w przypadku nieporozumienia językowego pokazać, co jest do zrobienia. Frau Lemke unikała chłopaka, choć Staszek byłby w stanie przysiąc, że przynajmniej raz próbowała go podpatrzeć przy kąpieli. O wiele szybciej przyszło mu ułożenie sobie stosunków ze zwierzętami, pies go zaakceptował a rudy kot polubił go do tego stopnia, że spał z nim w stodole. Był to zresztą jedyny partner do rozmowy, wieczorami wysłuchiwał długich monologów Staszka, który czuł, że ma wdzięcznego słuchacza.

Również czynności osobiste były ograniczone przez panujące warunki. Rano mycie przy studni w lodowatej wodzie, nierzadko bez ręcznika. Dali mu jakiś, ale trzymał go u siebie w drewutni i podczas długich deszczy pachniał nieprzyjemnie i nie nadawał się do użycia. Co do kąpieli, odbywał ją w tym samym miejscu, w blaszanej balii, w której mógł co najwyżej usiąść. Czasem, przy sobocie Frau Lemke zagrzała mu trochę wody, uważał wtedy, że pławi się w luksusie. Prywatności przy tym nie miał żadnej, jeśli podczas jego kąpieli Frau Lemke wyszła na dwór, widziała wszystko, co było wystawione na widok publiczny. Na początku Staszek na jej widok wchodził deo wanny i czekał w niej tak długo aż zniknie z pola widzenia. Później już mu było wszystko jedno, a kobieta zachowywała się dyskretnie: nie gapiła się, odwracała wzrok. Inaczej było z jej mężem, tego nie peszyła golizna chłopca, jeśli miał coś do powiedzenia, bez skrępowania podchodził do wanny czy wycierającego się Staszka i nawet nie ukrywał, że patrzy na jego figurę, z wiadomymi narządami włącznie. Gdy był podpity, pozwalał sobie na rubaszne uwagi.
– Du hast einen langen Schwanz – powiedział i uśmiechał się dziwnie. Tylko raz podczas jego całego pobytu, kilka tygodni po jego przyjeździe zdarzyło się coś więcej. Lemke był podpity, jak to zwykle w sobotę, kiedy wszystkie prace były już wykonane i można było się odprężyć. Staszek kończył już sobotnią kąpiel, kiedy właściciel wyszedł z domu i podszedł do niego lekko chwiejnym krokiem, a następnie wpatrywał się w niego jak zwykle. Gdy chłopiec już chciał założyć spodnie,, przytrzymał go gestem i chwycił w dłoń jego członek. Ciepła ręka spowodowała, że zaczął szybko nabrzmiewać. Kiedy był już gotowy, Lemke popatrzył na niego.
– Du bist nicht ein Schwul, nicht wahr? – zapytał, po czym puścił organ. – Dobry chłopak jesteś – powiedział – i już gotowy, jak widzę. Tylko uważaj na moją żonę. Ja wiem, że ona by chciała. Jej podobają się młodzi faceci, tylko mi tego nie powie prosto w twarz.
To był pierwszy raz, kiedy Staszkowy organ znalazł się w obcej ręce. I znów nie odbierał tej sytuacji jako poniżającej, czul się dokładnie tak samo, jak u tamtego doktora. A ręka była ciepła i przyjemna, jeden z milszych momentów w jego więziennym życiu. Już na coraz zimniejszym sienniku długo rozpamiętywał ten moment, wyobrażając sobie, że Herr Lemke zacznie mu wydobywać mleczko.

Dom miał jeszcze jednego mieszkańca: Alberta, syna państwa Lemke. Ten jednak nie mieszkał na miejscu a w internacie w Dreźnie. Lemke był co prawda tylko bauerem, ale na tyle bogatym, by sobie pozwolić na gruntowną edukację syna. Zresztą Staszek zauważył, że we wsi Lemke traktowany był z respektem i szacunkiem a każdy, kto zawitał do jego gospodarstwa, witał go uchyleniem kapelusza. O istnieniu Alberta Staszek został poinformowany raz i o temacie szybko zapomniano.

Kiedyś podczas przerwy w pracy w świniarni Lemke przyłapał Staszka na czytaniu Völkische Beobachtera. O edukację chłopca rzecz jasna nikt się nie troszczył, wystarczyło że rozumiał podstawowe polecenia i je wykonywał. Cała reszta była zapomniana. Rzecz jasna czytanie organu NSDAP nie było niczym karalnym, jednak Staszek zauważył od razu, że Lemkemu się to nie spodobało.
– Rozumiesz to co czytasz? – zapytał.
– Tak...
– To tym bardziej to zostaw – powiedział i zabrał chłopcu czasopismo. Staszek, który nie kojarzył dotąd faktów, bo i przesłanek miał mało, zdziwił się. Przecież porządny Niemiec interesuje się wojną i
– Jak już musisz coś czytać, to przyniosę ci stare książki Alberta – szepnął mu do ucha, jako że w pomieszczeniu dla robotników było kilka osób ze wsi. – Ale nikomu ani słowa – popatrzył na niego groźnie.
Po czym po kilku dniach późnym wieczorem przyniósł mu kilka książek. Staszek ze zdziwieniem zauważył, że nie były to żadne propagandowe wydawnictwa dla Hitlerjugend, których oczekiwał, a solidna literatura: Goethe, Mann, Tołstoj w tłumaczeniu. Ciężko przebijał się przez tekst, ale rozumiał coraz więcej. Tołstoja polubił za to, że była to jedyna książka pisana nie gotykiem a normalnym alfabetem łacińskim, który dopiero był w Niemczech nowością, nie przez wszystkich tolerowaną. Co prawda jego czytanie niemieckiego dalej polegało na tym, że bardziej musiał zgadywać i domyślać się niż bezpośrednio rozumieć, jednak z dnia na dzień pojmował coraz więcej. Ten moment, kiedy mógł wziąć do ręki Wojnę i pokój był jedynym, kiedy w pełni się relaksował. Czytał głównie w niedzielne popołudnie, kiedy gospodarstwo spało, Lemke spał albo pił a Frau Lemke szła do sąsiadek na ploty. Gdyby pojawił się w okolicy domu, na pewno wynaleźliby mu coś do roboty.

Oczywiście miejscowa policja się nim interesowała a Lemke musiał składać raporty o tym, jak Staszek się zachowuje, czy nie przejawia chęci ucieczki, o którą w Karkonoszach wcale nie było tak trudno, nawet jeśli miały to być okupowane Czechy, a także jak przebiega jego proces zniemczania. Czasem sam musiał przechodzić nieprzyjemne rozmowy z niemiecką policją. To wszystko wywoływało u Staszka mieszane uczucia. Polaków w zasadzie nie spotykał, we wsi pracowało jeszcze kilku, ale nie miał z nimi większego kontaktu i nawet się nie starał. Zresztą przy tej organizacji czasu nie było to możliwe. Po pół roku wiedział już na pewno, że trafił dobrze, oczywiście przy zachowaniu proporcji. Brak mu było informacji z kraju, nie wiedział, jak naprawdę przedstawia się sytuacja na froncie, a propagandzie nie do końca wierzył. Oczywiście czytał Beobachtera a nawet wściekle antysemickiego Stürmera, ale tak, by nie rzucać się w oczy Lemkemu, a to tylko dlatego, że stanowiło to jedyne źródło jego wiadomości. O Polsce pisano niewiele i tylko jako o części Rzeszy, nie mógł zatem dowiedzieć się o życiu w kraju. Kraju, za którym coraz bardziej tęsknił i w myślach zaczął go sobie coraz bardziej idealizować. Jednak jedyną prawdziwą barierę stanowiła dla niego rodzina, nie mógł o nich myśleć bez bólu. Poza tym połykał kolejne dni spędzane na korowaniu drzew, karmieniu świń i robocie w polu, nie czuł uciekającego czasu. Zima była lżejsza niż zeszłoroczna, którą spędził jeszcze w Warszawie, jakoś przebiedował w swojej drewutni, w której Lemke powiesił jakieś szmaty na ścianach, by było cieplej. Którejś nocy pojawił się, gdy Staszek już spał. Obudził go i szeptem poinformował:
– Tu masz moje stare gacie i koszule, które stara chciała wyrzucić na śmieci. Szkoda by było odmrozić takiego dużego kutasa – powiedział śmiejąc się.
Jednego Staszek nie umiał, a wobec Niemców nawet by się na to nie zdobył, mianowicie okazywania wdzięczności. Bąknął tylko jakieś niewyraźne Danke. Ta rubaszna uwaga mu nie przeszkadzała, wszystko co miało posmak seksu, w więc przyjemności, było mile widziane.

Któregoś wieczoru zauważył spory kawałek ciasta dodany do jego kolacji. Zdziwił się, bo karmiono go choć w miarę solidnie, to bardzo podstawowo, dopiero wieczorem skojarzył ten fakt ze swymi urodzinami. Zastanawiał się, skąd o tym wiedzą, pewnie muszą mieć jakieś jego dokumenty. Nie wie, co przyszło na jego temat z Warszawy czy Hirschberga. Tu nazwiskami Polaków się właściwie nikt nie przejmował.

c. d. oczywiście n.

Nowe odcinki najszybciej znajdziesz na http://chomikuj.pl/trujnik

Ostatnio edytowany przez trujnik; 04-03-18 at 00:18.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 05-03-18, 00:33   #6
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
5.

Obiad w domu, w którym Staszek był po raz drugi w życiu, mimo że mieszkał tu od pół roku, przebiegł w zasadzie bez historii, starał się odzywać tak rzadko, jak tylko mógł. Zresztą niewiele go pytano i skupiał się głównie na słuchaniu. Obiad składał się z zupy grzybowej, ziemniaków i pieczonego kurczaka. Kiedy on ostatnio jadł takie luksusy? W trzydziestym dziewiątym? A może podczas pierwszego roku wojny, kiedy mimo wszystko nie było tak źle i dało się jeszcze coś w miarę tanio kupić. Patrzył, jak tłusta ręka Frau Lemke nakłada mu na talerz dwa skrzydełka i kurzy kuper. Tak niewiele, a jednocześnie tak dużo – pomyślał. Najchętniej rzuciłby się na nie i rozszarpał zębami, ale tego właśnie nie wolno mu było zrobić, bo nie chciał wyjść na dzikusa, wszyscy inni delektowali się posiłkiem. Jadł więc wolno i słuchał rozmów. W kącie radio grało niemieckie melodie ludowe. Nawet choinka była w rogu pokoju, skromna, niewielka, przyozdobiona papierowymi gwiazdkami i anielskimi włosami. Po pół roku nędzy i smrodu było to coś tak abstrakcyjnego, że Staszkowi łzy zaczęły napływać do oczu. „Tylko wytrzymać, wytrzymać, wytrzymać” – powtarzał w myślach, unikając wzroku Herr i Frau Lemke. Albert był zaś zajęty głównie własnym talerzem, choć uważny obserwator zauważyłby krótkie, błyskawiczne wręcz spojrzenia rzucane w kierunku Staszka.

Rozmawiano zaś o sytuacji politycznej, o tym, że Niemcom nie poszło w Rosji a propaganda stara się odwrócić kota ogonem tak bardzo jak to możliwe. Powoli docierało do Staszka, że w tym domu nie przepada się za Hitlerem. Herr Lemke na dźwięk słowa Hitler niemal automatycznie podnosił głos.
– Dawaj im więcej, więcej i więcej. Ziemniaków to nam ledwie zostało na zimę i nie wiem, czy do lata damy radę – narzekał znad talerza.
Wszystko powoli zaczęło Staszkowi układać się w większą, bardziej jednorodną całość. Zaraz po świętach zauważył, że Lemke skrócił mu czas pracy do trzeciej pozwalając jednocześnie, by Staszek spędzał czas z Albertem.
– Dziś już nie będę cię potrzebował – mówił sucho w obecności innych pracowników – Za to jutro wstaniesz pół godziny wcześniej. Raus!
Staszek domyślał się, że to „raus” było bardziej przeznaczone dla uszu innych. Kiedy tylko wracał, w komórce pojawiał się Albert. Staszek zastanawiał się, czy był to przypadek, czy jakaś planowa akcja przygotowane wspólnie przez Lemkego i syna. W przypadek nie za bardzo wierzył, zwłaszcza że Albert zawsze przychodził
przygotowany: to niby przypadkiem położył na stół garść orzechów, to kilka kromek białego chleba z masłem. Zawsze robił to tak, by wyglądało to jak najnaturalniej. Później siadał na krześle i zaczynali rozmawiać.
– Powiedz mi gdzie mieszkałeś, co robiłeś, kiedy jeszcze… no wiesz, kiedy cię nie złapali.
I Staszek opowiadał. O pracy na targowisku, o rodzinie, młodszej siostrze, o pierwszych trzech klasach szkoły, które skończył jeszcze przed wojną. Gdy mówił o rodzicach, nie wytrzymał i się rozpłakał. I w tym momencie stało się coś, czego zupełnie nie przewidział. Albert podszedł do siedzącego na pryczy chłopca.
– Wstań.
Staszek posłusznie podniósł się z wyra, a wtedy Albert objął go i przycisnął do siebie. Jakiś czas tak stali w bezruchu. Wtedy Niemiec zaczął gładzić chłopca po policzku.
– Nie płacz, to przecież nie ma sensu. Z chęcią bym ci pomógł w znalezieniu rodziców albo poinformowaniu, co się z tobą dzieje. W Dreźnie rozejrzę się, czy to jest możliwe.
– Naprawdę? – oczy Staszka rozszerzyły się ze zdumienia.
– No naprawdę, naprawdę. Przecież widzę, jak ci na tym zależy. Mnie też ciężko jest tam w Dreźnie bez rodziców. Chłopaki w klasie mnie nie bardzo lubią, śmieją się z mojego wiejskiego pochodzenia. Bo tam przecież elita chodzi. Ale kocówę tom mi czasem sprawią, bohaterowie za dychę. Pięciu na jednego to oni są silni.

Na dwa przed sylwestrem pracownicy usłyszeli od Lemkego, że jutro przyjeżdżają ludzie z Berlina, którzy chcą obejrzeć jego gospodarstwo. Jakaś propagandowa inspekcja, może być nawet jakiś dziennikarz z radia. Następnie Lemke odwołał Staszka na stronę.
– Jakieś porządne ciuchy ci znajdę, dziś dostaniesz kawałek szarego mydła i porządny ręcznik i się wyszorujesz. – I jeszcze ciszej dodał – a jeśli czegoś jeszcze będziesz potrzebował, to poproś od Alberta.
– Jawohl – odpowiedział Staszek szczeknięciem i już miał wykonać przepisowy zwrot w tył, kiedy Lemke pogłaskał go po głowie.
– No idź już.
Wrócił więc do drewutni, a wkrótce przyszedł Albert, tym razem z dwiema kromkami ciemnego chleba, ale za to ze smalcem z grubymi skwarkami.
– Dziś nie będziemy mogli gadać długo, bo muszę się wykąpać – powiedział Staszek ze smutkiem w głosie. – Jutro mam być lśniący w pracy.
– Jak się kąpiesz? – zainteresował się Albert.
– No w balii i przy studni – objaśnił Staszek obserwując zdziwienie swego nowego kolegi.
– Teraz w śniegu też? – zdumiał się.
– No niestety też. Nie jest źle, ale strasznie zimno. Później wygrzewam się pod kocami. Naprawdę idzie się przyzwyczaić.
Albert zamilkł na jakiś czas i siedzieli w milczeniu.
– Nie będziesz się kąpał w tym zimnie – powiedział gniewnie. – Skombinuję jakieś świeczki i wykąpiesz się tutaj.
– Szkoda nosić tej wody – zaoponował Staszek. – Temperatura w tej dziurze jest prawie taka sama jak na dworze, tyle że nie pada i nie wieje, to jest jedyna różnica.
– Nie będziesz musiał nosić żadnej wody – głos Alberta przybrał buntowniczych odcieni. – Siedź tutaj, zaraz wrócę.
Przyszedł z balią, wiadrem, szarym ręcznikiem i kostką białego mydła.
– Teraz czekaj, naniosę wody, ale sam się muszę przebrać.
Gdy przyszedł, był ubrany w szary kombinezon, taki, jaki nosili wszyscy pracownicy Lemkego. Staszek stwierdził, że wygląda w nim tak samo fajnie, choć nie opinał go tak, jak szkolny uniform. Tymczasem Albert przyniósł trzy wiadra wody i wlał je do balii.
– No to kąpiel masz gotową. Rozbieraj się, pomogę ci wyszorować plecy.
Gdy Staszek uwolnił się od ostatnich części odzieży, wszedł do balii. Albert wzdrygnął się.
– Nie bolą cię jajka? – zapytał.
– No może trochę… – odpowiedział zawstydzony Staszek. Wiedział, że właśnie teraz jest uważnie obserwowany. Albert chwycił leżący na stole kawałek mydła i zabrał się do szorowania pleców. Staszkowi przypomniały się chwile z dzieciństwa, kiedy właśnie w taki sposób myła go mama, później, jak już miał siedem lat, zaczął kąpać się sam.
– Włosy też ci umyć?
Włosów było niewiele, jakiś czas remu ostrzygł go Herr Lemke, ale mimo lodowatej wody czuł się naprawdę przyjemnie. Ktoś o niego zaczął dbać. Dopiero teraz zauważył, że nie tylko kąpiel była elementem tej dbałości. Nowa odzież, tajne dokarmianie przez Alberta wpisywały się w te działania.
– Jak ci się chce…
Albertowi oczywiście się chciało i wkrótce polewał głowę Staszka wodą.
– Teraz wyskakuj stąd, ale szybko – zarządził. Staszek jeszcze nie wyszedł dobrze z wody, a już spadł na niego ręcznik.
Stał suchy, a Albert odłożywszy ręcznik na oparcie krzesła wpatrywał się uważnie w ciało chłopca.
– Mało masz tych włosków – powiedział i przejechał ręką po czupurnej kępce nad samym członkiem – ale to, co trzeba, nawet, nawet… – uśmiechnął się. – A teraz ubieraj się i do łóżka. Leż i czekaj na mnie – powiedział, schwycił zdecydowanym ruchem balię i wyniósł ją z drewutni. Staszek leżąc przeżuwał ostatnie chwile. A więc Albert go obejrzał. Od jakiegoś czasu pragnął, by się to stało, nawet planował, by chłopak nakrył go przy studni, był ciekaw jego reakcji. Miał to zresztą w planie na ten dzień. Stało się jednak inaczej i może nawet lepiej, bardziej naturalnie. Nawet w takiej ciemności widział ten błysk w oczach Alberta, gdy wstając wyprostował się. Tymczasem Niemiec wrócił do drewutni z parującym porcelanowym kubkiem.
– Pij – wcisnął mu w ręce. Była to najprawdziwsza herbata lipowa z miodem. Staszek zdążył już zapomnieć smaku cukru. Albert stał nad nim i wpatrywał się w niego uważnie.
– Wypiłeś? To się posuń – powiedział do Staszka i usiadł na pryczę.
– Zwariowałeś? – przeraził się chłopiec. – A jak ktoś przyjdzie?
– Nikt ci nie przyjdzie, głuptasie – zaśmiał się Albert. – Ojciec przygotowuje tę całą jutrzejszą wizytę i powiedział, żebym mu się nie plątał pod nogami, nawet matkę wygnał do ciotki Gertrudy na wieczór, przyjdzie po dziesiątej. Ponoć ma przyjechać ktoś z SS, dlatego to jest takie ważne. Ojciec chyba nawet wie, że tu jestem, bo mu to powiedziałem.
Staszek wręcz zdębiał. Do tej pory uważał to za konspirację Alberta, teraz okazuje się, że to wszystko dzieje się w zmowie z ojcem. A jeśli to jakaś prowokacja czy podpucha? „Nigdy nie wierz Niemcom”. A on za chwilę znajdzie się w jednym łóżku z niemieckim chłopakiem. Czyli kulka w łeb. Wcale nie był pewien, czy nagle ktoś nie otworzy drzwi z kopa a w drzwiach nie stanie czterech szkopskich żołdaków. Tylko jedno proste pytanie: po co? Kto miał w tym jakiś cel? Jednak dość szybko zorientował się, że wojna rządzi się własną logiką, zupełnie nie do pojęcia w czasach pokoju. Może Lemke chce się go pozbyć, bo źle pracuje? Staszek był robotnikiem pilnym, ale nie tak wydajnym, jak dorośli robotnicy, zwykli i przymusowi. Tylko Lemke, chłop może mądry, ale jednak prosty, nie używałby do tego celu własnego syna. Było tysiąc metod, by go stąd wykopać prosto w ramiona policji a nawet kogoś gorszego, choćby „na kradzież”. Lemke ze złodziejami rozprawiał się bezpardonowo i Staszek niejednokrotnie był tego świadkiem. Zresztą, nawet zabicie przymusowego robotnika nie było niczym zdrożnym, Lemke co prawda nikogo nie zabił, ale na okolicznych farmach to się zdarzało i ludzie o tym mówili.
– No posuń się – powiedział, kiedy Staszek stawiał bierny opór.
– Po co to robisz? – zapytał.
– Żebyś nie umarł z zimna. Masz tu coś innego, by się rozgrzać? Nie masz. To posuń się albo cię sam przesunę.
Po tym słownym zwarciu Staszek niechętnie przesunął się pod ścianę i po chwili poczuł ciało Alberta przy swoim. Ten przysunął go do siebie. Leżeli tak dłuższą chwilę i Staszek musiał przyznać, że jest mu coraz cieplej. Tymczasem ręka Alberta masowała ramiona i brzuch. Było mu dobrze, miód wypity przed chwilą dopełnił całości.
– Jajeczka też ci rozgrzać? – szepnął Albert a w jego głosie nie było nic żartobliwego, Staszek początkowo myślał, że się przesłyszał albo coś źle przetłumaczył, jednak położenie ręki Alberta wskazywało na intencje tożsame z zawartymi w pytaniu. Zgodzić się? Nie zgodzić się? Granice bezinteresownej pomocy zostały już dawno przekroczone i Staszek doskonale o tym wiedział. Tylko czego oczekuje ten chłopak? Może jest taki jak on sam, ale przecież nie potrzebuje do tego celu przymusowego robotnika z podbitego kraju. Zaczął się tym razem zastanawiać, czy po prostu nie znalazł sobie zabawki na wieczór. Nawet nieźle to było pomyślane, wiedział, że Staszek nie pójdzie się nikomu poskarżyć, bo przecież nikt mu nie uwierzy. Nawet jak uwierzą, to powiedzą, że sam go sprowokował. Jak by nie spojrzeć, dupa zawsze z tyłu.
– Nie wiem – odparł. – Zrób, co uważasz.
– Ja się w ogóle dziwię, że w tym lodzie ci jeszcze nie odpadły – odpowiedział Albert i wsunął ciepłą rękę w spodnie Staszka.
– Ale… wiesz, zesztywnieje mi – bronił się chłopak. Owszem, Albert może być zboczony, ale on sam musi do końca udawać het*******ualistę. Nawet z ciepłą, pulchną ręką w kroczu.
– Przecież to normalne. Nie wstydź się.
Albert zgodnie z obietnicą masował jądra, ale jego ręka błądziła od pachwiny do pachwiny, ocierając się o sztywny już członek. Staszek zareagował dreszczami i podnieceniem większym niż w dotychczasowych sytuacjach, nawet tam na nadwiślańskich plażach.
– Fajny jest – szepnął Albert i już całkiem bez skrępowania masował organ delikatnymi ruchami od góry do dołu. – Cieplej ci?
– Mhm – odpowiedział Staszek i skupił się na coraz większym podnieceniu. Był już blisko i wstydził się tego, co nieuchronnie nastąpi, jeszcze nikt nigdy nie widział jego mleczka, a już na pewno nie miał go na rękach. – Już… Już…
Ręka nagle zatrzymała się a Albert przysunął swą twarz do Staszkowej. Długą chwilę leżeli w milczeniu.
– Boję się – szepnął Staszek, kiedy dotarło do niego, co naprawdę się stało.
– Czego?
Ale Staszek nie chciał mówić, wątpliwe, że w tym stanie nawet nie przeszłoby mu to przez gardło.
– Ale podobało ci się? – dociekał dalej. Staszek tylko kiwnął głową.

----------------------
c.d. w środę
Nowe odcinki najszybciej znajdziesz na http://chomikuj.pl/trujnik
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 05-03-18, 15:08   #7
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
6.

Inspekcja przyjechała następnego dnia i Staszek pracował od siódmej rano na najwyższych obrotach. Gdy już zgarnął i wywiózł obornik, został przesunięty do czegoś, co lubił najbardziej – okorowywania bali drzew. Praca w cieple, bez smrodu i nawet nie taka ciężka, jeśli nie trzeba było przerzucać zbyt wielu bali. Miał czas na myślenie o tym, co zaszło poprzedniego wieczora. Z jednej strony chciał tego, myślał o tym już od dobrego roku, wyobrażał sobie, marzył. A gdy się to stało, miał wątpliwości. Poza groźbą śmierci, którą traktował jednak jako mało realną, zastanawiało go, czy robiąc to z Niemcem, nie dopuścił się zdrady. Za to na pewno nie pochwaliliby Polacy… Inna sprawa, że Albert już musiał to z kimś robić wcześniej, t nie był nieśmiały chłopiec po raz pierwszy gryzący zakazany owoc, był konsekwentny i od początku do końca wiedział co chce i do czego dąży. Później stanął w kącie i sam się zaspokoił, nic nie było widać, żałował Staszek. Nie wie nawet, jaki ma ogon. Z chęcią spróbowałby dziś ponownie, ale dziś może do niczego nie dojść, przynajmniej na to się zapowiedziało. Była już czwarta po południu a Lemke dalej oprowadzał komisję czy kto tam był, po gospodarstwie.
– To jest właśnie ten chłopiec – usłyszał nad sobą głos Lemkego i zamarł. A więc to się stało. Oderwał się od korowania, odłożył nóż i popatrzył na przybyłych. Trójkę stanowili Herr Lemke, jakiś cywil i wojskowy w czarnym.
– Od kiedy tu jesteś? – zapytał cywil.
– Od września – odpowiedział Staszek.
– Dobrze się pracuje? – zapytał tym razem wojskowy.
– Bardzo dobrze. Pan Lemke to dobry gospodarz – powiedział, to z przekonaniem w głosie.
– Dobrze cię tu karmią? – to znów cywil.
– Nie narzekam – znów odpowiedział Staszek.
– Na gut – powiedział cywil po zadaniu jeszcze kilku pytań łatwą i wyraźną niemczyzną. – Już dobrze mówisz po niemiecku – powiedział na pożegnanie i wraz z pozostałymi opuścił pomieszczenie.
Tego dnia pracę skończył około dziewiątej wieczór i po kolacji – ciemny chleb ale do tego gorące mleko z miodem – ciężko zmęczony poszedł do łóżka i prawie natychmiast zasnął. Nie wie, ile spał, kiedy poczuł, że go ktoś popycha. Trochę mu zajęło zrozumienie, kto to.
– Albert? – zdziwił się Staszek. – A co ty tu robisz o tej godzinie?
– Ciii – usłyszał w odpowiedzi. – Mam coś dla ciebie. Śpiwór wojskowy. Bardzo ciepły?
– Skąd go wziąłeś? – zdziwił się Staszek. On tu marznie już od listopada, kiedy chwyciły silne przymrozki, a tu niemal z nieba zjawia się wojskowy śpiwór.
– Ukradłem, ale nie pytaj jak i komu, bo i tak nie powiem.
Staszka korciło, by podpytać, jednak po chwili doszedł do tego, że tak naprawdę to wcale go nie obchodzi. Ważne, by było ciepło.
– A ty co, uciekłeś z domu?
– W pewnym sensie tak. Rodzice popili sobie z tą komisją i poszli spać a tamci odjechali. Stary rychło rano nie wstanie. Mogę tu siedzieć całą noc.
– Dobrze, a jak się coś stanie i będą cię szukać? Przecież od razu się domyślą, gdzie jesteś. A wtedy…
– Nikt nie będzie mnie szukał, niby po co? Rozbierz się, wypróbujemy ten śpiwór.
Śpiwór był szeroki i pachniał naftaliną, nawet gdy znaleźli się w nim we dwójkę, było między nimi sporo luzu.
– Faktycznie ciepło – skonstatował Staszek, rozkoszując się rzadką wygodą.
Chwilę po prostu leżeli, zasłuchani we własne oddechy i ciszę grudniowej, mroźnej nocy. Albert drażnił sutki Staszka, ten czując dotknięcie członka przyjaciela, powoli nabierał odwagi, by odwzajemnić pieszczoty. Choć ciągle w nim coś protestowało, był to tylko zgłuszony krzyk, który raczej nie ma szans w starciu z młodą żądzą.
– Powiedz mi, robiłeś to już z kimś?
– Natürlich – odpowiedział Albert. – Walenie konia to czasem jedyna wieczorna rozrywka w internacie.
– Opowiedz – nalegał Staszek.
– A co tu opowiadać… Śpimy na dwudziestoosobowej sali, często znajdziesz kogoś, kto zrobi ci dobrze. Czasem, kiedy opiekunowie już śpią, pada komenda: „Wichsen!” i wtedy każdy wyjmuje ogon i go męczy, oczywiście ci, którzy już mogą, bo nie wszyscy. Jest na sali sporo młodziaków, którym jeszcze nie stoi,
– A jak wpadniecie?
– Jeszcze się nie zdarzyło – odpowiedział Albert. – Podejrzewam, że wychowawcy dobrze wiedzą, co się dzieje wieczorem i celowo nie wchodzą. Poza tym światło jest obowiązkowo zgaszone od dziesiątej, więc nikt nic nie widzi. Czasem wali się pod prysznicami, ale to mniej, bo nie wszystkim się podoba i są tacy, którzy mogą donieść. Czasem w nocy ktoś podejdzie ci do łóżka i bez pytania zacznie ci walić, ale to są w kółko dwie, trzy te same osoby.
Staszek wysłuchawszy tego pluł sobie w brodę. On myślał o jakimś uczuciu, a on po prostu wychowany na internatowej rutynie robi to, czego mu brakuje… Instynktownie odsunął się. Dobrze, tylko w tym przypadku zdobycie chłopaka nie było wcale takie oczywiste i Albert musiał wykonać sporą pracę, zanim osiągnął to, o co się starał. Nie mówiąc o zagrożeniach, tam ryzykowali tylko wejściem nauczyciela, co mogło się skończyć najwyżej na myciu kibli, to w końcu elitarna szkoła i raczej nie wymierza się kar dzieciom wyższych dygnitarzy. Coś tu nie do końca grało.
– A ty? Robiłeś to? – zapytał Albert.
– Nie, tylko podpatrywałem na łąkach nad Wisłą, jak miałem trzynaście lat – wyznał Staszek i opisał, co widział.
– Też bym chciał sobie pooglądać, tylko nie bardzo wiem, gdzie coś takiego znaleźć. Teraz jest wojna i szwule nie mają lekkiego życia…
– No i kilka osób go dotykało, na pewno nie będziesz pierwszy. A kilku nawet miało na to ochotę – tu opowiedział przeprawę z wojskowym lekarzem.
– Lekarz to u nas maca prawie oficjalnie – odpowiedział Albert. – Mnie się nie zdarzyło, ale chłopaki mówią, że kilku nawet zwalił. Taki to ma dobrze…
Staszek zdobył się na odwagę i potrącił wierzchem dłoni członek Alberta. Jeśli on się tak przechwala, to pewnie nie będzie miał nic przeciwko – myślał. Albert zaś nie tylko nie miał nic przeciwko, ale wręcz wcisnął swój organ w rękę chłopca.
– Nie bój się, śmiało.
Staszek odkrywał centymetr po centymetrze członek przyjaciela, pierwszy obcy w jego ręce. Tych wyskoków z kuzynem nie liczył, co on wtedy czuł… Albertowy ogon był słusznej długości, nawet większy od jego własnego, a w pod tym względem ułomkiem przecież nie był. No i miał większą główkę, całą oślinioną czy pokrytą inną śliską substancją. Może jądra Alberta były nieco mniejsze, ale za to był pokryty równym, miłym w dotyku, miękkim zarostem, w którym Staszkowe palce buszowały z przyjemnością.
– Co tak zgrzyta? – przerwał błogą ciszę Albert. Istotnie, ze stosu desek dobiegał głuchy odgłos jakby piłowania.
– Myszy – odpowiedział Staszek i po chwili zdziwił się reakcji Alberta, który przycisnął go do siebie.
– Biedny jesteś – szepnął mu do ucha. – No pobaw się nim, nie ochlapię cię.
– A nawet jeśli ochlapiesz to co? – przekornie zapytał Staszek. – Mnie to nie przeszkadza. – A ty jak już chlapniesz to mi na brzuch.
Wkrótce i jeden i drugi popłynęli obficie, nie przejmując się specjalnie plamami nasienia, które wsiąkały w wojskowy śpiwór.

Kolejna wizyta Alberta miała miejsce w sylwestrową noc, tym razem okupiona pieczoną brukwią. Niemiec już nie robił żadnych przymiarek czy podchodów, gdy już Staszek się nasycił, bezceremonialnie zdjął spodnie i majtki po pół łydki i natychmiast wśliznął się do śpiwora.
– Nie miałeś żadnych problemów z wyjściem? – zapytał Staszek przywarłszy do ciepłego przyjaciela. Na razie podstawowe potrzeby, reszta później – pomyślał chłonąc ciepło. Masywna, ciepła dłoń Alberta masowała plecy, ześlizgując się coraz niżej. Gdy już była nieco poniżej krzyża, Staszek przestraszył się. Do czego to wszystko prowadzi? Coś, co miało początkowo być niewinną koleżeńską rozmową, wyrwało się całkowicie spod jego kontroli a stery w oczywisty sposób przejął Albert. Nie, żeby mu się to nie podobało, ale gdzie jest ta granica, kiedy powinien powiedzieć „nie”? Nieważne jak on, Staszek, dobrze by się czuł, tamten dalej był Niemcem i przez takich jak on znalazł się tutaj, przymierał głodem i pracował osiemnaście godzin na dobę. Jak łatwo było go kupić, za kilka kromek chleba i garść orzechów i kilka godzin pracy mniej. Czy na pewno?
– Odwróć się – szepnął Albert.
A temu o co teraz chodzi? Zastanawiał się, na wpół bezwiednie wykonując polecenie, co w śpiworze wcale nie było takie proste. Całymi plecami chłonął ciało, nie zważając na to, że Albert nieuchronnie zbliżał się do miejsca, o którym Staszek najchętniej by zapomniał. Teraz już się nie dało, obrazy z nadwiślańskich łęgów wracały do niego prawie niezmącone zębem czasu. Lawina skrajnych odczuć i myśli przewalała się przez umysł Staszka, gdy ręka jak taran zmierzała dom miejsca, gdzie pośladki się łączą.
– Albert? – szepnął. – Czy to jest konieczne?
– Chcę tego. I chcę tego właśnie z tobą – odpowiedział mu do ucha. – Odchyl pośladek, ten na górze.
Staszek nieco stropiony tępo wykonał polecenie. Za chwilę prawie wył z bólu, gdy ciążki, gruby kutas szturmował jego wnętrze.
– Zaraz będzie w środku – szeptem uspokoił go Albert.
Pierwsze pchnięcie. Potem drugie i następne. Pięć, sześć, siedem. Po początkowym bólu nie zostało już ani śladu i coraz bardziej wczuwał się w rytm partnera. W rym samym momencie od mulicy dał się słyszeć warkot samochodów, który urwał się tak nagle jak się zaczął, zamieniając się w jazgot męskich głosów, krzyków i nawoływania. Albert przerwał pompowanie.
– Co to jest?
– Nie wiem – szepnął Staszek. – Boję się.
Głosy rosły na sile i stawały się coraz bardziej agresywne.
– Zbliżają się. Chowaj się!
Albert z trudem wykaraskał się ze śpiwora i bezradnie rozglądał się po ciemnej drewutni.
– Tam za tymi sągami jest trochę wolnego miejsca, kryj się! – Staszek już nie szeptał a mówił agresywnym, charczącym półgłosem. – Schnell!
W tym samym momencie, gdy patrzył na chowający się tyłek chłopca, drzwi drewutni otwarły się gwałtownie a pomieszczenie wypełniło ostre światło z latarek,. Świecąc chłopcu prosto w oczy. Instynktownie zasłonił oczy.
– Wer bist du? – zaszczekał męski głos.
– Ich heiße Stanisław – odpowiedział Staszek i opuścił rękę. Teraz widział trzech żołnierzy w czarnych mundurach stojących zaraz przy drzwiach, z karabinami w dłoniach.
– Co tu robisz? Ukrywasz się?
– Pracuję u gospodarza, mieszkam tu – odpowiedział Staszek zastanawiając się, co robi Albert i czy jest wystarczająco dobrze schowany.
– Wyjść z łóżka! – szczeknął drugi.
Na Staszka padł blady strach, przecież był bez majtek. Rozważał jakąś formą biernej odmowy, za wiele jednak widział i się nasłuchał, by wiązać z tym jakąkolwiek nadzieję. Trzeba robić, co mówią i to natychmiast. Uwolnił się więc ze śpiwora i stanął na baczność ze sztywnym członkiem.
– A, konika sobie walimy, nicht wahr? – powiedział jeden z lubieżnym, oślizgłym uśmiechem.
W tym momencie zza sterty szczap dał się słyszeć chrobot i żołnierze zamilkli jak na komendę. Staszkowi serce podskoczyło do gardła. Teraz to już koniec – pomyślał.
– Kto tu jeszcze jest? – zapytał ostro żołnierz.
– Nikt, tylko ja – odpowiedział niepewnie Staszek. W tym samym momencie ze stosu zeskoczył jeden z kotów i zniknął w ciemności za drzwiami.
– Scheiße! – zaklął żołdak.
– Patrzcie, jaką on ma parówę! – powiedział trzeci, najniższy. Jak na komendę światło wszystkich trzech latarek skierowało się na jego sterczące przyrodzenie.
– Polnische Schweine! – zaklął ten pierwszy, podszedł do Staszka i z otwartej dłoni wymierzył mu siarczysty policzek, drugą poprawiając w żołądek. Chłopcem zachwiało, ale dalej stał mężnie, czuł tylko smugę krwi płynącą przez wargi i spadającą na wychudzony tors. Piekący ból równoważyło przekonanie, że jednak nie wykryli Alberta.
– Można by się z nim zabawić – zasugerował ten trzeci. – No szykuj dupę mały! – rozkazał sięgając do swego czarnego pasa. Podszedł do Staszka i chwycił go za członek. – Będzie dymanko, będzie… Nachyl się, schnell!
– Teraz nie czas na figle – powiedział ten pierwszy. – Rozejrzyjcie się tu i szukamy dalej. Po czym wymierzył jeszcze jeden policzek i kilkakrotnie kopnął Staszka wojskowym butem w tyłek i po udzie. Chłopiec padł.
– Zdaje się, że czyste – zameldował ten trzeci, który obszedł drewutnię dokoła.
– Idziemy. Schneller! Bo go nigdy nie złapiemy i to my będziemy w dupę bici.

Ostatnio edytowany przez trujnik; 05-03-18 at 23:19.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 07-03-18, 11:05   #8
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
7.

Głosy powoli oddalały się, a warkot odjeżdżających samochodów rychło zanikł. Jednak dłuższą chwilę trwało, zanim Albert wyłonił się zza sterty drewna i tak jak stał, nago rzucił się do leżącego na brudnej, pokrytej trocinami podłodze chłopca.
– Wszystko OK? – zapytał.
– Boli – szepnął Staszek. – Nic nie mów, bo oni tu wrócą.
– Nie sądzę – odpowiedział Albert. – Przeszukali ogród i okolicę i pojechali, oby na zawsze – dodał zapalając świeczkę. – Ale ty jesteś pokrwawiony…
Z najwyższą troską ułożył chłopca na posłaniu i rękawami własnej koszuli ścierał krew z twarzy i torsu Staszka.
– Poczekaj, skoczę po jakąś wodę – powiedział nakładając spodnie. – Nic nie rób, leż spokojnie.
Staszkowi kręciło się w głowie i zbierało na wymioty, od których powstrzymywał się nieziemską siłą, choć w ustach czuł przypływ typowej dla wymiotów śliny. W końcu nie wytrzymał, a z ust poleciała zabarwiona krwią ciecz. W tej samej chwili do drewutni wszedł Albert, tym razem okryty jakąś szarą kapotą. W rękach trzymał parujący kubek.
– Bydlaki! – zakrzyknął. – Popij – podał mu kubek.
Staszek wziął dwa łyki napoju i popatrzył na Alberta niewidzącym wzrokiem. Żołądek bolał jak cholera, w głowie nie przestawało się kręcić. Nadto nad nim stał Albert i gorączkowo zastanawiał się co robić.
– Jutro jest Nowy Rok i nie pracujesz?
– Pracuję, ale mniej i zaczynam od dziewiątej – odpowiedział Staszek. – Gnój ze świniarni trzeba wyrzucić, podać paszę. Twój ojciec powiedział, że więcej nie będziemy robić, zresztą gdzieś idziecie na wieczór – zakończył, bo dusił go kolejny odruch wymiotny.
– Kto idzie ten idzie. A teraz pomogę ci się ubrać i na noc idziesz do mojego pokoju.
Staszek oprzytomniał od razu. Propozycja co prawda była kusząca, ale jej konsekwencje mogły okazać się nieobliczalne, łącznie z tymi najcięższymi i to nie tylko dla niego, ale w najgorszym przypadku dla całej rodziny. Pomyślał o ludziach, których widział w Hirschbergu, a o których mówili, że wiozą ich na rozstrzelanie. Były to osoby starsze i chore, niezdolne do pracy, których nie zakwalifikowała komisja lekarska.
– Oszalałeś? Wiesz czym to grozi?
– Mam to głęboko w dupie – odpowiedział gniewnie Albert. – Wtedy ciebie i tak zabiją, a mnie już będzie i tak wszystko jedno. Ubieraj się – warknął.
Znaczenie i waga tej wypowiedzi doszła do niego o wiele później. Bolącym ramieniem sięgnął po spodnie.
– Rano obudzę cię o ósmej i wyjdziemy tylnymi drzwiami. Ojciec i matka pewnie jeszcze będą spać, nie bój się, musi się udać.
– A jak nie? – Staszek był nieugięty.
– Nie myśl o tym. Na razie popij. Możesz wstać o własnych siłach?
Staszek skinął głową, wstał i ponownie padł na posłanie.

Na wpół zataczając się przeszedł przez podwórze, prowadzony pod ramię przez Alberta. Przemknęli najpierw pod ścianami zabudowań gospodarczych, następnie Albert zatrzymał Staszka ręką i uważnie wpatrywał się w ciemność i widniejący dobre pięćdziesiąt metrów dalej kontur domu, całkowicie ciemny, w oknach nie paliło się żadne światło. Widocznie lustracja musiała wypaść pomyślnie, bo kiwnął głową, jakby odpowiadając swoim myślom.
– A teraz szybko, i nachyl się, najlepiej tam, gdzie nie ma śniegu.
Część śniegu wyła wymieciona, niewielkie zaspy znajdowały się głównie pod drzewami i przy murach.
– Jak już dobiegniemy to od razu pod mur i z drugiej strony – zarządził Albert konspiracyjnym szeptem.
Mimo że Staszek nie był częstym gościem w domu państwa Lemke, topografię budynku zdążył już rozpracować, w końcu nigdy nie wiadomo kiedy i do czego się przyda. Trzymając się za bolący żołądek, przemknął karnie przez podwórze i, omijając śniegowe zaspy, niekiedy sięgające poza kostki, wolno posuwał się w stronę tylnego wejścia. Po chwili przywitał ich zapach kiszonej kapusty, której beczki znajdowały się w tylnej części korytarza.
– Teraz w lewo – szeptem powiedział Albert. Jego pokój znajdował się w narożnej części domu, z oknem na drogę główną, która prowadziła do wsi.
Gdy Albert zapalił małą lampkę elektryczną, Staszek rozejrzał się po pokoju. Przede wszystkim zwrócił uwagę na ogromny piec kaflowy, od którego biło ciepło. Zaraz przy piecu stało łóżko, jak przystało na porę dnia posłane, z niestarannie przerzuconą kołdrą w białej poszwie. Całość dopełniały masywny stół ze stojącym obok żółtym krzesłem, brązowa szafa, pamiętająca chyba połowę dziewiętnastego wieku i sekretarzyk na książki i dokumenty, o wiele nowszy. Mimo pewnej toporności taki pokój wydawał się Staszkowi szczytem luksusu. Tymczasem Albert dołożył do pieca kilka szczap i, zamknąwszy żeliwne drzwiczki, starannie ułożył Staszka na łóżku.
– Jakoś się zmieścimy we dwójkę – pocieszył go.
W tym momencie rozległo się pukanie do pokoju. Staszek zamarł z przerażenia, a żołądek skurczył mu się po raz kolejny. Stojący przed łóżkiem Albert narzucił pierzynę na chłopca, i, nie gasząc światła, otworzył drzwi.
– Albert, wychodziłeś gdzieś? – Staszek rozpoznał głos Frau Lemke.
– Tak, byłem zobaczyć, co te pomioty Hitlera zmalowały w ogrodzie – odparł spokojnie chłopak, starając się jednocześnie tak stanąć w drzwiach, by zasłonić łóżko. – Na szczęście poza odciskami buciorów chyba nic nie zrobili. Jutro się zobaczy.
– Ciii… Jeszcze ktoś usłyszy – powiedziała cicho Frau Lemke. – Ale już nie wychodź, oni mogą wrócić. Jak szukają jakiegoś dezertera czy innego wywrotowca, to mogę kręcić się tu aż do rana.
– Pieprzę ich – odpowiedział zimnym głosem Albert. W tym momencie mdłości znów chwyciły Staszka i błagał, w myślach, by ta rozmowa skończyła choćby natychmiast.
– Boję się o tego Polaka – powiedziała cicho gospodyni.
– Mamo, nie panikuj, zapewniam cię, że nic mu nie będzie. A teraz daj synowi się wyspać w imię zwycięstwa faszyzmu i panowania tego psychola nad całą Europą.
– Za dużo sobie pozwalasz – stwierdziła Lemke i zamknęła cicho drzwi.
Staszek zauważył już, że o ile gospodarz jawnie krytykował Führera, Frau Lemke zajmowała mniej jednoznaczne stanowisko. Odm Alberta dowiedział się, że przed wojną należała do związku kobiet i jawnie wspierała Hitlera. Dopiero podczas wojny trochę zweryfikowała swoje sympatie, ale nie na tyle, by tolerować postawy jawnie antyfaszystowskie. Jeśli kiedyś coś złego się stanie w tym domu albo z tą rodziną, to właśnie przez nią, myślał Staszek. Czy Frau Lemke byłaby w stanie donieść na własnego męża i syna? O ile w syna nie wierzył, zakablowanie żony wcale by go nie zdziwiło. Staszek szanował Lemkego, choć z wiadomych powodów go nie lubił, Frau Hildegardy Lemke się bał i rozmawiał z nią tylko, kiedy naprawdę to było konieczne.

– Gdzie znów idziesz? Nie zostawiaj mnie samego w tym pokoju.
– Idę po jakiś słoik czy butelkę, gdyby zachciało ci się sikać – odpowiedział Albert. – Przecież nie pójdziesz do kibla w domu.
On ma rację, pomyślał Staszek, tym razem bardziej dba o własną skórę. Na szczęście nie zniknął na długo i wkrótce rozbierał się przy łóżku. Dopiero teraz zobaczył całą postać w pełnym świetle. Albert był masywnym chłopcem, a szerokimi barkami, ale nie zwężający się w kierunku nóg, co, jak zauważył Staszek, było charakterystyczne dla szczupłych mężczyzn. Tymczasem Albert był bardziej klocowaty, choć nie gruby, mimo że zaznaczał mu się lekki brzuszek. Miał jasną karnację, inaczej niż on sam. Staszek obserwował lekko owłosione nogi, meszek na brzuchu i bujne kępki owłosienia łonowego, tego samego, którego mu poskąpiono. Kiedy będę wyglądać tak jak on? – zastanawiał się. Duży, zgrabny, ciemniejszy niż reszta skóry członek spoczywał opierając się na zgrabnych jądrach schowanych w lekko skurczonej mosznie, którą pokrywały białawe, krótkie włosy. Członek kończył się jeszcze przed spodem jajek, ze zdziwieniem skonstatował, porównując w myślach do własnego, opadającego dużo niżej.
– Suń się – poprosił Albert i wyłączył lampkę nocną.
Staszek sądził, że chłopak zanurkuje od razu do jego odbytu i będzie starał się skończyć to, co zaczął, jednak on najwyraźniej miał inne plany. Przełożył pod głową chłopca rękę i gładził mu policzek i piersi.
– Teraz będziesz bezpieczny – szepnął. – Jakby działo się coś złego to mów albo budź mnie.
– Która jest w ogóle godzina? – Staszek zdziwił się, że zadał to pytanie. Oczywiście nie miał zegarka, do pracy najczęściej go budzono, choć w międzyczasie zdążył uregulować swój zegar biologiczny i budził się sam. To, że wylegiwał się w łóżku dopóki przyjdzie Lemke i przyniesie mu śniadanie, to inna sprawa, O ile to można nazwać łóżkiem. To, w którym leży, to prawdziwe łóżko. Nie sądził, że położy się w jakimś prawdziwym łóżku przed końcem wojny, o ile oczywiście Niemcy przegrają, w innej sytuacji przyjdzie mu zapomnieć o tym do końca życia.
– Dochodzi dziewiąta. Do rana wydobrzejesz, a jak nie to będziemy się martwić dalej – odpowiedział Albert, nie przerywając głaskania.
— Powiedz mi, po co to wszystko robisz – zapytał Staszek po długiej chwili milczenia. Ryzykujesz, narażasz się.
– Bo lubię mocne wrażenia – odpowiedział bez przekonania Albert.
– Przecież cudem uszedłeś z życiem w tamtej szopie. A teraz mogą nas razem złapać, słyszysz ten samochód?
Istotnie, jakieś auto przejechało drogą, a jego dźwięk jeszcze jakiś czas wypełniał przestrzeń. Zamiast odpowiedzi Albert jeszcze mocniej przycisnął Staszka do siebie.
– Nie myśl o tym, nic dobrego z tego nie wyniknie – powiedział. – Ciesz się łóżkiem, czystością, odpoczywaj, tyle mogę ci pomóc.
– Ale po co pomagać? Przecież dostanę kulkę w łeb tak czy owak. Teraz czy później, wszystko jedno, i tak skończy się tak samo.
– Może po prostu nie chcę cię mieć na sumieniu? – odparował Albert. – Może nie chcę, by przeze mnie ktoś cierpiał? – zastanawiał się głośno.
Staszek wiedział, że nic więcej nie wyciśnie. Ciekawe, ilu Niemców przejmuje się losem Polaków, pomyślał. Uważał Alberta za dziwaka. Nawet jeśli nienawidzi Hitlera, to przecież sam jeden świata nie zbawi. On sam przeciwko pułkom wojsk, armii propagandzistów, Hitlerjugend czy innym organizacjom. Takich jak on się dusi jak robaka. Ciekawe, czy on to wie? Może jest za młody? Na pewno za mało przeszedł – myślał dalej Staszek. Gdyby go tak przepędzili z Warszawy do Hirschberga, znieważając kiedy się tylko da, może byłby ostrożniejszy. No ale to przecież jego nie dotyczy. Może po prostu nie zdaje sobie sprawy z grozy sytuacji? Przecież to, co zobaczył stojąc z gołym tyłkiem między zawilgłą ścianą a stos pociętych bali musiało go czegoś nauczyć, nawet jak nie wyściubiał nosa z tej swojej szkoły.

– Albert, śpisz już?
– Nie, jeszcze nie – odpowiedział. Staszek leżał na jego torsie i głaskał jego ręce i barki.
– Czy możesz… to znaczy czy możemy zrobić… no wiesz, to co nam przerwano.
– Nie wiem, czy jeszcze chcę – odpowiedział Albert. – Jak sobie przypomnę, to jeszcze teraz gęsia skórka mi się robi na plecach. A poza tym… cholera wie, co ci zrobili ci bandyci. Nie chciałbym cię rozwalać jeszcze bardziej.
– Ale ja się już lepiej czuję – zapewnił Staszek żarliwie.
– No nie wiem… – wahał się. – Tak ci się to spodobało?
– Od kiedy widziałem tamtych dwóch nas Wisłą, zawsze zastanawiałem się, jakby to było… Już wiem, ale nie wiem wszystkiego.
Masywna ręka Alberta, może trochę wbrew niepewności właściciela głaskała pośladki Staszka, tak jak poprzednio zbliżając się do celu. Staszek bez słowa strząsnął rękę przyjaciela i odwrócił się do ściany, po czym położył na brzuchu. Albert zrolował poduszkę i wcisnął ją pod podbrzusze Staszka. Wszedł w niego najdelikatniej jak potrafił, mimo to chłopiec wydał zduszony jęk bólu. Kilka pierwszych posunięć raniło go, ale z każdym następnym malał ból a rosły podniecenie i przyjemność. Szybko też załapał, że ta zabawa wymaga współpracy i wtedy jest jeszcze przyjemniej. Albert czuł, że wielkimi krokami nadchodzi koniec, i to wyjątkowo silny, z uczuciami skumulowanymi w ciągu obu zwarć. Pchnął mocno i zamroczony rwącym doznaniem, padł na plecy przyjaciela.
– Już? – szepnął Staszek.
– No… tak jakby – wysapał Albert.
– Nie wychodź ze mnie jeszcze… Jest mi tak dobrze.
– Sam się wyślizgnie jak opadnie – zaśmiał się cicho Albert.
Albert już chyba spał, a Staszek walczył z wieloma przeciwnikami: bólem odbytu, żołądka, łydek, podnieceniem i smutkiem, że niedługo wszystko wróci do ponurej rzeczywistości. Już nawet nie chodziło mu o te przemycane świeczki czy kromki chleba, choć ona też w dużej mierze poprawiały jego sytuację, nie czul się tak głodny jak jeszcze miesiąc temu. Najważniejsze było co innego: przy Albercie odzyskiwał poczucie bezpieczeństwa, wewnętrzny spokój, opanowanie. Jeszcze kilka dni temu, gdyby mu ktoś powiedział, że do tego przyczyni się Niemiec, wyśmiałby go. Co będzie dalej?

Dalsze odcinki na http://chomikuj.pl/trujnik
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 09-03-18, 00:21   #9
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
8.

Dzień przed wyjazdem Alberta do Drezna rano w jego drewutni pojawił się Herr Lemke, tym razem jednak bez kosza ze śniadaniem. To mu się jeszcze nie zdarzyło, chyba że przychodził w innych porach dnia. Jednak poranne śniadanie, nawet w postaci dwóch wątłych skibek czarnego chleba ze zjełczałą margaryną było pewnego rodzaju rytuałem. Co się stało tym razem? A może wszystko się wydało?
– Albert jutro wyjeżdża wczesnym rankiem do Drezna. Prosił mnie, abym pozwolił mu spędzić ten ostatni dzień z tobą. Nie bardzo rozumiem dlaczego, ale proszę. Oczywiście odrobisz to co do minuty. I jeszcze jedno. Jak przyjedzie policja czy ktokolwiek inny, to natychmiast znikasz. Najlepiej weźmiesz kosz do drewna i pójdziesz do drewutni. I to natychmiast. Verstanden?
– Ja – odpowiedział Staszek. Odrobić dwanaście godzin nie jest prosto, ale jak ma stracić Alberta na długie miesiące, to jednak zrobi dobry interes, zwłaszcza że widzieli się wczoraj dwie godziny i niewiele poza obustronnym mleczkiem nie udało się zrobić. Pogadać się też nie dało a rozmowy z Albertem zaczęły mu się coraz bardziej podobać. Złapał się wręcz na tym, że tęskni bardziej za tymi rozmowami, niż tymi momentami ostatecznej rozkoszy, które w tym podłym żywocie powinny mieć dla niego wartość nieporównywalnie wyższą niż rozmowa z jakimś Szwabem.

Albert już czekał na Staszka w kuchni, dla niego również był przygotowany talerz.
– Czemuś mi nie powiedział, co te s****ysyny ci zrobiły? – zapytał Herr Lemke, kiedy już we trójkę siedzieli przy stole, bez gospodyni, która wyszła z domu.
– A co by to dało? – zdziwił się Staszek. – Przecież oni mogą wszystko.
– Tak bardzo to jednak nie – zaoponował Lemke. – Jeszcze znam kilka osób, które są wyżej niż jakieś padło z Wehrmachtu. W końcu to ja ich karmię, nicht wahr?
Staszek nie chciał się kłócić i nie dowierzał gospodarzowi. Przecież gdyby się wydało… Wszystkiego jednak nie mógł powiedzieć. Męczył się podczas tego śniadania strasznie. Lemke nie był w humorze, Albert siedział cicho, pewnie oszczędzał energią na później.
– Idźcie już do pokoju – powiedział, gdy wypili czarną zbożową kawę. – I pamiętaj o naszej umowie.

– Zimno tu, pewnie już wygasło w piecu – powiedział gderliwym głosem Albert i otworzył drzwiczki. – Tak myślałem. A ojciec tylko: oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać. Teraz już nie może sprzedawać, tyle ile dotąd, wszystko idzie na front, na ten sam front, na którym dostajemy w dupę.
Staszek nie skomentował, bo według propagandowych gazetek, które czytał, już w tajemnicy przed Lemkem, Niemcy odnosiły serie zwycięstw. Tymczasem prawda nie była tak różowa, ponoć front sowiecki załamał się kompletnie po Stalingradzie. Tyle że tej informacji nie można było znaleźć oficjalnie. Tymczasem Albert podszedł do pieca, wygrzebał popiół długim pogrzebaczem i szuflą po czym napełnił go szczapami drewna i kilkoma bryłkami węgla. Następnie podszedł do sekretarzyka, z którego wyciągnął grubą księgę, wyrwał z niej kilka kartek, wrócił do pieca, podłożył pod szczapy i zapalił, zamaszyście pocierając zapałkę o draskę. Płomień pojawił się od razu i wkrótce objął suche drewno. Albert zamknął z trzaskiem drzwiczki i z diabolicznym uśmiechem wrócił na swoje miejsce.
– Co to była za książka? – zapytał tknięty złym przeczuciem Staszek.
– A jak myślisz? Mein Kampf oczywiście. Na nic nie ma pieniędzy, a na drukowanie tych pierdół zawsze się znajdą.
– Nie boisz się, że…
– Niczego się nie boję – wybuchnął Albert, nie czekając na zakończenie pytania. – Wiesz czego się boję? Że pojadę a tobie się coś stanie.
Ciekawe skąd taka troska – zastanawiał się Staszek. Głos Alberta był zdeterminowany, to już nie była obawa m to, czy jego kolega jest głodny. Staszek zrozumiał, że właśnie teraz przyszła pora na ostateczne postawienie sprawy.
– Dalej mi nie odpowiedziałeś, po co robisz to wszystko.
– Nie domyśliłeś się jeszcze? Naprawdę? Powinieneś zdawać sobie sprawę, że my... to znaczy ja...
– Powiedz wprost, przyjmę każdą prawdę – powiedział Staszek. Obojętnie jaka by była. Wiesz coś o mnie czego ja nie wiem? Ojciec ci coś powiedział? Naprawdę możesz być ze mną szczery.
Albert wstał z krzesła, obciągnął swój granatowy sweter z owczej wełny i usiadł przy Staszku.
– Chyba będę musiał rzeczywiście powiedzieć to prosto z mostu, choć sądziłem, że się domyślisz, bo ty w gruncie rzeczy bardzo bystry chłopak jesteś. Kocham cię, tu chodzi o nic więcej.
Staszek, który nawet podświadomie nie oczekiwał takiej informacji zaniemówił. Nagle, w jednej sekundzie cała układanka, wszystkie klocki rozrzucone po podłodze, wskoczyły na swoje miejsce. Ale zaraz... Czy facet może kochać faceta? – myślał. Do tej pory uważał, że w tej całej zabawie chodzi tylko o seks, innych możliwości w ogóle nie brał pod uwagę. Wszystkie posunięcia Alberta tłumaczył sobie próbą zaciągnięcia go do łóżka, zresztą próbą ze wszech miar udaną. Sam by się pewnie za tom zabrał podobnie. Sytuacja jak najbardziej mu sprzyjała i doskonale o tym wiedział, że zdobędzie go stosunkowo niewielkim wysiłkiem.
– Zanim ci odpowiem, mogę ci zadać pytanie?
– No pewnie – odpowiedział Albert. Pytaj o co chcesz.
– Skąd wiedziałeś, że ja… no, lubię chłopaków?
Albert roześmiał się.
– Takie rzeczy się wyczuwa, ty jesteś chyba zbyt młody, musisz jeszcze trochę pożyć, pooglądać, żeby się poruszać w tych tematach.
– Raptem jesteś rok ode mnie starszy – powiedział zaczepnie Staszek. – Naprawdę przez rok tyle się dowiem?
– No wiesz, to trochę nie o to chodzi. U nas w szkole są trzynastoletni chłopcy, którym już włoski nad ogonem się sypią, a i szesnastoletnie niedorozwoje. I ci chłopacy zanim osiągną twój wiek, już się kilka razy zakochają albo powalą konia z kolegami, różnie bywa. Dziewczyny widzimy jedynie na wieczorkach tanecznych. Ja zacząłem dojrzewać, jak miałem prawie trzynaście lat. Od początku wolałem chłopaków. Jak mnie rodzice wysłali do Drezna, to już i mleczko miałem, i z kumplami waliliśmy sobie nad jeziorem, jak już inni poszli do domu. Wiedziałem, co jest wokół mnie grane. Później nauczyłem się rozróżniać tych, którzy za nic nie zrobiliby tego z chłopakiem od tych, którym chodziło tylko o pozbycie się nasienia. No i ty mi wyglądałeś na takiego, który nigdy nie zrobiłby tego z dziewczyną. Popełniłeś kilka błędów, na przykład patrzyłeś się na moje krocze. Niby ukradkiem, ale to przecież widać.
– To wszystko? – zapytał rozczarowany Staszek.
– No mnie… Ale nie wiem, czy ci mogę powiedzieć.
– Przysięgam, że nikomu nie powiem.
– To nie o to chodzi, czy powiesz, czy nie, tu chodzi o mojego ojca. Kiedyś, na samym początku, kiedy miałem do ciebie przyjść, zdaje się drugi raz, powiedział, żebym uważał, bo możesz być, no wiesz, homo. Że on sam nie wie, ale by się nie zdziwił. Podobno na czymś cię złapał.
– To nie tak było – zaprzeczył Staszek – miałem ci nie mówić, ale widzę, że trzeba. – i Staszek opowiedział, jak ojciec złapał go za członek.
– Naprawdę chwycił cię za fiuta? – nie dowierzał Albert. – To przecież każdemu by stanął, im młodszy, tym szybciej.
– Miał ciepłą rękę – uśmiechnął się Staszek – a ja w tej zimnicy właśnie na ciepło jestem najbardziej wyczulony.
– Bydlak – skwitował Albert.
– Nie sądzisz, że jesteś dla niego za surowy? Przecież mnie nie bije, nie maltretuje, a że każe pracować? W końcu jestem na przymusowych robotach, nie masz pojęcia jak strasznie było w więzieniu. Może i cieplej, ale ci ludzie…
– Nieważne – przerwał Albert. – Teraz mam inne zmartwienie. A powiedz mi co ty o mnie myślisz? Ale tak szczerze.
Staszek liczył po cichu na to, że nie będzie musiał się opowiadać po żadnej stronie. Jemu samemu ten trochę przyciężki Niemiec zawrócił w głowie. Tyle że nie znajdował na to określenia.
– A może mnie nie chcesz? – wybuchnął Albert. – Może przeszkadza ci to, że jestem Niemcem? Faszystowską świnią? No wyduś to z siebie – jego słowa przeszły prawie w krzyk.
– Zwariowałeś? Wcale nie o to chodzi – odpowiedział Staszek. – Kiedyś nad tym myślałem, zwłaszcza na początku naszej znajomości. Czy dobrze robię, że przyjaźnię się z Niemcem. By nawet taki moment, że chciałem cię wygonić, ale to było jednak silniejsze. Ale nie o to tutaj chodzi, przynajmniej tak to widzę.
– A o co? Bo wyglądasz raczej na przestraszonego?
– A jak myślisz? Cokolwiek byś o tym myślał, dla ciebie znajomość ze mną nie jest jednoznaczna z wyrokiem śmierci... Zrozum mnie, ja po prostu nie mogę. Jeśli nie daj Boże jakimś cudem się wyda, to jest dla mnie koniec. Ty nie wiesz wszystkiego. Dla mnie stosunek z niemiecką kobietą jest równoznaczny z kulką w głowę i pójściem w piach.
Chcąc nie chcąc Staszek musiał opowiedzieć o wszystkich obwarowaniach, również tych najgorszych, których bezwzględnie wymagano od przymusowej siły roboczej.
– Rozumiesz chyba teraz, że ryzyko jest podwójne...
Albert zamilkł na długo tuląc Staszka i głaszcząc jego włosy.
– Wiesz co? Może rzeczywiście poczekajmy z tym do końca wojny...
– A jak będzie jeszcze trwała trwała pięć lat? – zapytał Staszek.
– Najwyżej do czterdziestego piątego i to bardziej do stycznia niż listopada – odparł Albert. – Wiesz, Drezno to nie Schreiberhau, tam jednak wiadomości rozchodzą się prędzej. Jest źle, a będzie jeszcze coraz gorzej, przecież widzisz. My z ojcem się zastanawiamy, czy w ogóle wyśle mnie do szkoły w przyszłym roku. Prawdopodobnie nie. I to nie dlatego, że nie ma pieniędzy, choć to prawda, ma coraz mniej. Po szkole chodzą plotki, że wyślą nas na front. Kiedyś w nie nie wierzyłem, teraz ni jerem taki pewny. Jeśli oni rzeczywiście przegrali na ostfroncie, to teraz będą potrzebować każdego żywego ciała. Zginę gdzieś w Rosji czy Francji.
– Nie mów tak – powiedział porywczo Staszek. – Przecież wcale nie jest powiedziane, że cię zgarną do armii.
– Przeszkolenie wojskowe już mieliśmy – powiedział zimno Albert. – Wiele więcej nie trzeba wiedzieć, aby walczyć jak mięso armatnie.
Staszek zadumał się.
– Miałbyś odwagę, by uciec z wojska?
– Odwagę to może i bym miał, gdyby oczywiście istniał odpowiedni powód. I zdaje się, że nie trzeba go daleko szukać – popatrzył wymownie na Staszka. – Gorzej z tym, co będzie dalej. Widziałeś, jak oni szukali tego chłopaka? Tata dowiedział się, że jednak chodziło o dezertera. Nic dziwnego, że dostają w dupę na froncie, skoro wysyłają cały pluton, by łapać jednego zbiega. Tak nie da się wygrać wojny. Ale może bym zaryzykował, kto wie…
- A może ci minie do tego czasu? – głośno zastanawiał się Staszek.
– Co ma mi minąć? – Albert popatrzył podejrzliwie na przyjaciela.
– No… to całe zakochanie.
– Wykluczone. Nawet się powiększy, kiedy nie będziesz przy mnie.
– Przecież twoja szkoła jest pełna chłopaków. Znajdziesz innego, polubisz… Mój sąsiad w Warszawie ma już trzecią żonę i, jak mówił, w każdej był zakochany po uszy tak długo, aż mu przeszło.
– Nawet tego nie przewiduję. Czuję to gdzieś w sercu, że wojna się skończy i znów będziemy razem, a wtedy nikt już nam nie przeszkodzi. Obojętnie co się stanie. Ja znajdę pracę, ty też… Kim byś chciał zostać?
– Kierowcą – wypalił Staszek bez zastanowienia. – I to najlepiej ciężarówki, choć osobowe też fajne.
– No to przecież z pracą nie będziesz miał problemu. To wszystko trzeba będzie odbudować, prawda?
– A jak wojna się skończy a Hitler przegra? – zastanawiał się Staszek, nie obawiając się na razie o pracę kierowcy, najpewniej właśnie tak będzie, jak mówi Albert. – Wrócę do Polski, ty zostaniesz tutaj...
– Musimy tak daleko wybiegać w przyszłość? Będzie co będzie. No daj pyska.
Staszek nadstawił policzek.
– No nie tak… Popatrz mi w oczy.
Albert przysunął się do szczupłej twarzy chłopca, zbliżył wargi, a następnie zaczął językiem wdzierać się coraz głębiej. Staszek protestował z początku, mrucząc głośno przez nos, ale nic nie wskórał, bo język już penetrował podniebienie, zęby… Dopiero po chwili, kiedy pierwsze sensacje uderzyły jego żołądek i krocze, odwzajemniał wszystko, czego doznał, może na początku nieporadnie, ale z sekundy na sekundę coraz sprawniej. W tym momencie na korytarzu zadudniły kroki, a chłopcy odskoczyli od siebie niczym oparzeni. Jeszcze Albert siadał na swoje miejsce i wycierał rękawem mokre od pocałunku warki, kiedy drzwi bez pukania uchyliły się i stanął w nich Herr Lemke.
– Nom chodźcie chłopaki, trzeba zjeść jakiś obiad.
Na stole w kuchni były przygotowane dwa talerze z ziemniakami i kiszoną kapustą okraszoną słoniną, przy czym zawartość talerza Alberta była o wiele większa.
– Guten Appetit – powiedział Lemke nie patrząc w oczy żadnemu z chłopców. Odwrócił się i niemal bezgłośnie wyszedł. W tym momencie Albert zamienił talerze, a zrobił to tak szybko, że Staszek nie zdążył zaprotestować.
– Co robisz? Zostaw mi mój talerz – zaprotestował tylko.
– To nie ja przymieram głodem – Albert musiał się powstrzymać, by nie wybuchnąć gniewem. – Co by mu się stało, gdyby nałożył ci więcej? I weź go nie tłumacz, proszę cię.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 10-03-18, 08:32   #10
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
9.

Po obiedzie wrócili do pokoju. Albert dołożył do ognia, a że już powoli się ściemniało, zaciągnął zasłony. Staszek położył się na łóżko, jakby chcąc się nim nacieszyć na zapas, mając w perspektywie zimną drewutnię i brudny, cuchnący barłóg. Dopiero teraz widział, w jakich warunkach przyszło mu mieszkać. Albert usiadł na łóżku i chwycił rękę chłopca wpatrując się to w twarz to w podbrzusze, które z momentu na moment pęczniało. Puścił rękę i trzymając spodnie po bokach ściągnął je do kolan, obserwując, jak uwolniony członek przecina powietrze i opada na brzuch.
– A jak twój ojciec wejdzie? – przestraszył się Staszek.
- Nie wejdzie – uspokoił go Albert – poszedł do świniarni. Zresztą on poza posiłkami tu nie wchodzi. Prędzej matka, ale jej akurat nie ma.
Albert ukucnął przed łóżkiem i przysunął głowę do nabrzmiałego członka. Chwilę obwąchiwał go, a następnie przesunął językiem od nasady aż po sam wilgotny czubek. Po chwili powtórzył to z drugiej strony. Staszek wzdrygnął się.
– Nie brzydzi cię to? – zapytał.
– Przecież to jest przyjemne – odpowiedział Albert, po czym ściągnął napletek z żołędzi, chwilę upajał się jej śliskością i barwą, a na koniec zaatakował ją wargami. Staszek poczuł się zmieszany i przez moment czuł, jak zawartość żołądka podjeżdża mu do gardła. Sam nie miałby odwagi tego zrobić, przecież tą samą częścią ciała człowiek robi co innego. A na dodatek kąpał się dwa dni temu… Fakt, że to daje przyjemność, której właśnie doświadczał. Cholera wie, co on tam robi… Staszek zastanawiał się, co się stanie z mleczkiem, przecież tego nie połknie… Wtedy chyba zwymiotuje. W miarę jak rozkręcał się coraz bardziej, w niepamięć poszła troska o finał.
– Już, już… – szepnął, gdy zaatakowała go ostateczna niszcząca fala.
Albert uwolnił się od członka i patrzył, jak potoki nasienia zraszają korpus Staszka, od piersi po jądra. Gdy już było po wszystkim chwycił wiszący na oparciu krzesła ręcznik i wytarł starannie pozostałości.
– Ty też chcesz? – zapytał, gdy Staszek już doszedł do siebie.
- Nie… Nawet nie wiedziałem, że tak można robić. Skąd to umiesz?
– A z takich zakazanych pisemek – odparł ze śmiechem Albert. – To się nazywa pornografia. Masę tego przywożą chłopaki i trzymają na dnie szafek albo pod okładkami książek, bo to przecież bardzo zakazane. Jak by kogoś z tym dorwali… Zresztą złapali już kilka razy, albo trzydzieści razy rózgą albo, jeśli to po raz kolejny, to wylot ze szkoły.
– Ty też masz takie obrazki? – z tonu, w jaki Staszek zadał to pytanie nie wynikało potępienie, a raczej czysta ciekawość.
– Nie, bo na nich są głównie kobiety i to na dodatek wcale nie ładne. Ale faceci też są i to ze sporymi drągami.
– Gdzie się kupuje takie rzeczy?
– Głownie na targu, na takich stoiskach, na których sprzedają fotosy aktorek i takie podobne. Oczywiście to nie leży wystawione, trzeba zagadać odpowiednio do sprzedającego, bo obcemu nie sprzeda.
Staszek wrócił myślą do warszawskiego Kiercelaka. Owszem, były takie stoiska i sprzedawały gazety, stare książki, płyty Syreny, kartki pocztowe, karty do gry i fotosy, czyżby tam też? Sam nie widział, ale raz zaobserwował jak sprzedający, mężczyzna z sumiastym wąsem, który go nie cierpiał, wyjął spod stolika białą dużą kopertę i podał ją kupującemu, eleganckiemu mężczyźnie w ciemnym płaszczu, który wręczył odliczone pieniądze. Scena była tak tajemnicza, że wielokrotnie zastanawiał się, co mogło być w tamtej kopercie. Opowiedział to zdarzenie Albertowi.
– Tak to właśnie wygląda – potwierdził jego przypuszczenia. – Słyszałem jeszcze o innym sposobie, kupuje się pewną określoną widokówkę, prosząc, by to była ta i żadna inna, a samej transakcji dokonuje się gdzie indziej, to jest tylko znak wywoławczy. No ale dobrze, to co chcesz teraz robić?
- Daj mi siebie pooglądać…
A co to by było, gdybym tam położył policzek? Nie muszę tego przecież lizać – pomyślał Staszek i przytulił się do łona Alberta. Było wspaniale a zapach mu wcale nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, coraz bardziej zawracał w głowie i uwalniał fale podniecenia.
– Zrobić ci to, co wczoraj? – zaproponował Albert.
– Mhm…
– To poczekaj moment – odpowiedział, zniknął na chwilę i wrócił z odrobiną smalcu na papierze.
– Teraz nie powinno cię boleć. Klęknij na łóżku, podeprzyj się ramionami, tak byś był na czworaka i żebym miał cię naprzeciw.
Po kilku nieudanych przymiarkach Staszek był gotów. Albert patrzył na wypięte przed nim pośladki, jednocześnie nawilżając najważniejsze miejsce tej zabawy, a następnie mocno, ale nie brutalnie wszedł w chłopaka. Tamten nie protestował. Zapamiętały w ferworze kolejnych rytmicznych pchnięć nie usłyszał warkotu motoru pod domem, może nawet usłyszał, ale nie skojarzył z nadciągającym niebezpieczeństwem.
– Albert, przerwij, ktoś przyjechał – prawie zakrzyknął Staszek.
Ale Albert był w tym momencie, w którym przerwanie nie jest możliwe, dopiero kiedy zaczął już tracić płyny, wyszarpnął członek, który zdążył opryskać tyłek Staszka. Ten słysząc obce głosy we wnętrzu budynku zerwał się, chwycił stojące przed piecem wiadro z popiołem i bez oglądania się na siebie otworzył drzwi i ruszył przed siebie, w ostatniej chwili poprawiając zbyt widoczny członek. Z policjantami zderzył się w wąskim korytarzu, ale chyba nie o niego im chodziło, bo w towarzystwie Lemkego weszli do pokoju Alberta.

Staszek cały wieczór obserwował ze swej drewutni wydarzenia w domu. Czego oni od niego chcą? Czyżby w jakiś sposób zostali poinformowani o tym, co się działo? A może Albert coś narozrabiał? Sytuacja wyjaśniła się dopiero za jakąś godzinę, kiedy stanął przed drzwiami w towarzystwie ojca, matki i policjantów z tą swoją walizką, z którą przyjechał. W pewnym momencie powiedział coś do ojca i puścił się biegiem w kierunku drewutni.
– Przepraszam cię najmocniej, ale ci policjanci zabiorą mnie do Liegnitz. Ojciec nalegał, bo nie wierzy pociągom, zwłaszcza teraz chodzą jak chcą, i ponad dzień czasem się czeka, bo pierwszeństwo ma transport na front. No daj pyska.
Całowali się długo i namiętnie, przyciskając wzajemnie ręce do pośladków.
– Albert, wir warten auf dich – rozległo się wołanie z domu.
– Zaraz – odkrzyknął Albert – tylko wybiorę.
– Co masz wybrać? – zapytał podejrzliwie Staszek, wciąż przywierając do Alberta.
– Powiedziałem, że potrzebne mi są jakieś deski do szkoły – powiedział pokazując ręką w kierunku jakiejś kupy drewna. – Wywalę, jak dojadę do Legnicy… Albo nie, zostawię jedną na pamiątkę. No daj pyska ostatni raz…
Po wszystkim złapał jakieś dwie pierwsze lepsze, deski, które mu wpadły w ręce i pognał do czekających rodziców. Staszek zaś położył się na pryczy i wsłuchiwał w warkot odjeżdżającego samochodu. W głowie kłębiły mu się wydarzenia ostatnich dni, pchając się jedne przez drugie. Kim dla niego był Albert? Czy tylko kolegą? Przyjacielem, to odpowiedniejsze słowo. Czy on w swym krótkim życiu miał prawdziwych przyjaciół? Ojciec swoimi przyjaciółmi nazywa ludzi, z którymi czasem pije wódkę. Matka ma przyjaciółki, czy, jak złośliwie mówi ojciec, psiapsiółki, z którymi nawet podczas wojny piła kawę i plotkowała. Ciekawe, czy te psiapsiółki pomogłyby jej szmuglując żywność, gdyby była w potrzebie. Zwłaszcza ta Zula, która jego zdaniem była wredną babą i nie oszczędzała nikogo. I to się nazywa przyjaciółka? Ale przyjaciel to też nie to. Takie rzeczy to się chyba tylko w małżeństwie robi, ale przecież mężczyzna za mężczyznę wyjść nie może. Tylko czy w małżeństwach jest tak jak między nim a Albertem? Staszek wiedział, że miał szczęście, bo ojciec nie bił matki. W domach jego kolegów różnie z tym bywało, nieraz chłopacy opowiadali jak to „ojciec starą przetrzepał, że aż limo miała”, najczęściej po pijanemu. Co gorsza, Staszkowi wydawało się, że sympatia chłopców leży po stronie ojców. Jego ojciec pił niewiele, głównie z kolegami po pracy. „Pij bracie, pij, na starość torba i kij” – powtarzał. No ale to wcale nie przybliża go do rozwiązania tej zagadki. Albert go kocha, przynajmniej tak mówi, ale jest w tym jakiś sens. To może on, Staszek, kocha Alberta? Nie, to za dużo powiedziane. Chociaż, załóżmy, że Albert jest kobietą. Czy ożeniłby się z nią? Nie, tak też się nie da. Bo małżeństwo to nie tylko ciupcianie ale i obowiązki, wychowywanie dzieci, dbanie o dom, zdobywanie pieniędzy. Obserwując Alberta Staszek sądził, że ten byłby w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność. Jest silny, wie, czego chce, tylko z tym rozsądkiem jest u niego nie bardzo, jak można tak siebie narażać? Ale takie myślenie też prowadziło donikąd.

Tego wieczora z trudem zmusił się do zjedzenia kolacji, wyjątkowo wstrętnego chleba posmarowanego czymś zjełczałym, na szczęście do tego było jabłko. Czuł się jakby był chory, policzki mu płonęły i ciągle myślał o odjeździe Alberta. Przywoływał niedawne wspomnienia, jego głowa na łonie chłopaka, nos w ciemnych silnie pokręconych włosach, porastających podbrzusze, intensywny zapach nasienia, lekki moczu i czegoś jeszcze, kręcący w nosie, powodujący błogie fale po całym ciele. Trzeba było mu wziąć ogon do ust, teraz wie, że by to zrobił, nawet gdyby był lekko słony, a chyba był, bo językiem dotknął mu jądra i wyczuł sól. Powąchał tę część śpiwora, która na pewno była splamiona nasieniem Alberta. To mu wystarczyło, by być gotowym. Kilkoma posunięciami doprowadził się do wytrysku. Nie delektował się tym tak, jak poprzednio. Wszystko wydało mu się jakieś tępe i niepotrzebne. Szukał w myślach, kogo by winić za ten los. Siebie? Hitlera? Boga? Gdy pomyślał o Bogu, drgnął. Jeszcze w warszawskich czasach na religii ksiądz mówił, że Bóg jest dobry i sprawiedliwy. Gdzie ta sprawiedliwość? Od kiedy zawieziono go na Aleję Szucha, zaczęła się wielka niesprawiedliwość. Czyżby Bóg zrobił sobie urlop? Chociaż z drugiej strony ksiądz mówił, że Bóg dał człowiekowi wolną wolę, a za wszystko rozliczy go na sądzie ostatecznym, gdzie będzie tylko w lewo albo w prawo. Zrozumiałe, że Hitler i Stalin pójdą do piekła, jeszcze niedawno uważał, że wszyscy Niemcy powinni się tam znaleźć. Na pewno wszyscy? Albert też? Przecież Albert właśnie go uratował, bo trudno nie zauważyć zmiany nastawienia Lemkego, od kiedy zaczął kolegować się z jego synem, na początku tajnie, później coraz bardziej oficjalnie. Nagrzeszyli, fakt. Ksiądz mówił, że wszystko, co poza małżeństwem, jest grzechem ciężkim i za to idzie się do piekła. Ale grzechem ciężkim jest również nieudzielenie pomocy jej potrzebującym, niezależnie od tego, czy to przyjaciel czy wróg. A tak w ogóle czy bóg istnieje? Przerażony narastającą lawiną pytań zasnął.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 11-03-18, 23:18   #11
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
10.

Pozornie wszystko wróciło do normy. Czas Staszka znów przebiegał na wyrębie, w chlewie i polu a dzień mierzony był od siódmej rana do zachodu słońca. Dzień wydłużał się, to i pracy było więcej. Lemke był tak mrukliwy i niezbyt mu życzliwy jak dotąd a jego żona go praktycznie nie zauważała. Któregoś popołudnia przywołała go i powiedziała:
– Masz pozdrowienia od Alberta. Rozumiesz, że nie może do ciebie napisać oddzielnie i przeprasza – powiedziała. – Aha, mam ci powiedzieć, że nic złego mu się nie dzieje.
Staszkowi zrobiło się przykro. Liczył na to, że Albert znajdzie jakiś sposób na przemycenie czegoś więcej niż tylko pozdrowień. Ale jaki? Jemu samemu nic nie przychodziło do głowy. Może przez kogoś przekaże? No dobra, tyle może zrobić, ale przecież tu nikt z listem nie przyjdzie. Lemke, a już na pewno jego żona szybko by się zorientowali, że dostał jakąś trefną wiadomość albo co innego, przecież był tu pod ścisłą opieką. I mimo niej kochali się cały czas jak dzicy… To i może wiadomość jakoś byłoby się przeszmuglować? Nic, trzeba będzie czekać do wakacji – pomyślał Staszek.

Któregoś majowego popołudnia Staszek wszedł do świniarni i już w drzwiach zauważył, że Lemke opiera się o ścianę w nienaturalnej pozycji. Zaniepokojony podszedł bliżej i podniósł głowę gospodarza do góry. Twarz była kremowo-biała, wpadająca momentami w fiolet, z czoła ociekał pot. Lemke oddychał ciężko, a z jego gardła wydobywał się charkot. Śmierć widział kilkukrotnie i to, co obserwował teraz, było zgodne z jego dotychczasowym doświadczeniem. Chwycił za rękę i wymacał puls. Był słaby i nieregularny. Co teraz? Kiedyś był świadkiem podobnego zasłabnięcia, jeszcze w Warszawie. Wywlókł mężczyznę ze stajni, najdelikatniej jak umiał, zdarł z niego bluzę i koszulę i starannie ułożył na trawie, po czym ponownie zbadał tętno, znów bardzo nieregularne. Bez żadnej wiedzy, wiedziony instynktem i wcześniejszymi obserwacjami zaczął rytmicznie, mocno naciskać serce.
Co teraz? Trzeba poinformować Frau Lemke, to oczywiste. Skrzywił się, ale wiedział, że tylko ona może tu coś zarządzić. Wpadł do kuchni, gdzie Frau Lemke była nachylona nad jakimiś garami.
– Przecież tyle razy mówiliśmy ci, że nie wolno ci tu wchodzić. Do tej pory patrzyliśmy na to przez palce, nikt cię nie bil, ale teraz miarka się przebrała i będę cię musiała ukarać – powiedziała i rozglądała się za czymś, czym mogłaby wymierzyć karę. Już sięgała po postronek, kiedy Staszek, uczony, że pod żadnym pozorem, że nie wolno przerywać gospodarzom, stracił cierpliwość.
– Zamknij się stara krowo i słuchaj! – wrzasnął – Twój mąż zdycha pod świniarnią, zrób coś!
Frau Lemke zatkało, ale dosłownie na moment, szybko oprzytomniała.
– Jak to zdycha? Co tam się dzieje?
– No leży, puls ledwie bije, poci się… Zrobiłem co mogłem, ale tu trzeba lekarza.
Frau Lemke nie wiedziała, czy ma iść doglądać męża, czy myśleć o sprowadzeniu pomocy medycznej. Telefon od kilku dni nie działał, a na wieś jest kawałek drogi.
– Staszek, ty umiesz jeździć rowerem? – zapytała gorączkowo myśląc, jak to wszystko rozwiązać.
– O tyle o ile, jeździłem kilka razy w Warszawie – odpowiedział.
– A dasz sobie radę?
– Powinienem – odpowiedział – tylko, że nie znam tej wioski za bardzo.
– Pojedziesz prosto, na ryneczku zapytasz, jak się dostać do doktora Wenzla – objaśniała Frau Lemke. – Opiszesz mu co się stało. Doktor ma auto i pewnie nim przyjedzie, a ty wrócisz na rowerze. A teraz leć, wiesz, gdzie jest rower! – wykrzyknęła i pobiegła w stronę świniarni.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Do doktora Wenzla trafił po zapytaniu jednej osoby, Wenzel na szczęście był w domu i wysłuchawszy relacji Staszka spakował swoją torbę i przyjechał samochodem. Gdy Staszek wrócił na miejsce, doktor, który na tę okoliczność narzucił biały fartuch, kończył właśnie robić jakiś zastrzyk mi pakował swoją torbę.
– Powinien przeżyć, oddech się reguluje, tętno również – odezwał się. – Ale musi być zabrany do Hirschberga do szpitala, jego musi obserwować lekarz i musi mieć codziennie podawane leki. Inaczej szybko stanie się to, co dziś, a drugiego razu jego serce może nie wytrzymać. Teraz miał szczęście, że mogłem szybko podać aspirynę. No i miał szczęście po raz drugi, że ten, kto go znalazł, znal się na rzeczy i udzielił pomocy jak najlepszy fachowiec. Kim jest ten chłopak? – zapytał. Staszek, słysząc tego, nie czekał na ciąg dalszy a udał się prosto do drewutni.
– On? Zwangsarbeiter. Polak – odpowiedziała.
– To niech pani dziękuje Bogu, chłopak wykazał zadziwiającą przytomność umysłu.
Tego wieczora pani Lemke przyniosła mu obfitą kolację, ziemniaki „od serca” skropione tłuszczem ze skwarkami i kwaterkę zsiadłego mleka.
– A może będziesz spał w domu? – zapytała.
– Nie, dziękuję – odparł Staszek, choć doceniał intencje. Na pewno nie po tym, jak go potraktowała. Trzeba myśleć, co się robi… Jego relacje z Frau Lemke dotąd nie istniały, starał się jej unikać na ile to było możliwe. W każdym razie wspólne zjedzenie kolacji nie wchodziło w rachubę.

Nieobecność gospodarza farmy nie wróżyła niczego dobrego. Przede wszystkim oznaczała więcej pracy, bo przecież żywego inwentarza nie interesuje, co się dzieje z opiekunem. Lemke zwykle robił cięższe i trudniejsze rzeczy – karmienie świń, sianie, sadzenie warzyw w ogrodzie ze starannie przygotowywanych rozsad, no i całą robotę leśną, na której, oprócz okorowywania, Staszek się nie znał, choć nieraz bywał w lesie. Nie wiedziałby, które drzewo ściąć, na jakie długości porżnąć. Lasem zajął się doświadczony robotnik ze wsi, Herr Müller, jemu zaś przypadła cała robota w świniarni, do której miał tylko jednego pomocnika, też wiejskiego chłopaka. O ile zawsze wstawał na siódmą, teraz o wpół do szóstej był już na nogach, a pracę kończył po zachodzie słońca, bo jeszcze trzeba było pomóc w ogrodzie. Niewiele miał czasu na myślenie, choć wspomnienie Alberta nadal było bardzo silne. Już nie zastanawiał się, co go z nim łączy i żałował, że wtedy, w jego pokoju, nie powiedział mu dokładnie tego samego, co usłyszał. Listy z Drezna przychodziły nieregularnie, w każdym jednak znalazło się kilka ciepłych słów dla niego. Jeszcze się ktoś skapuje – pomyślał, ale zawsze było mu przyjemnie i zawsze wieczorem uronił niejedną łzę i nieraz pokrył brzuch nasieniem. Bywało, że śnił mu się Albert i były to sny tak sugestywne, że budził się tak podniecony, że musiał zaczynać dzień od onanizmem, by później nie biegać ze sterczącym po gospodarstwie. Kiedyś, jak jeszcze nie znal Alberta, zdarzało się pójść do roboty „na sztywno”, co kiedyś zauważył Herr Müller i puścił chłopakowi kilka nieprzyjemnych uwag przy innych.
– Dobrze, że nie pracujemy z kobietami, bo Wolski ma wyraźnie ochotę – mawiał, czasem był jeszcze bardziej wulgarny i Staszek zaczął się pilnować również z tym. Teraz, po tym jak poznał Alberta, miał niemal obsesją na tym punkcie. A jak skojarzą jedno z drugim, to co? – zastanawiał się.

Drugim problemem była Frau Lemke. Naturalnie z powodu hospitalizowania męża stała się osobą numer jeden w gospodarstwie i ona wydawała wszystkie decyzje. Staszek często ją krytykował, w duchu i dopiero teraz docenił geniusz Hansa Lemkego. Jego żona nie miała serca do dużego gospodarstwa, zdecydowanie wolała ogródek i jej hodowlę kurczaków. Ogródek, który obfitował w masę warzyw, nawet takich, jakich Staszek nie znał, i był podstaw≥ą wyżywienia całej rodziny, a przecież nieraz i jemu się coś skapnęło, jakieś jabłko czy pieczona brukiew. Innymi rzeczami zajmowała się niejako z musu. Po kilku dniach Staszek przestał się jej pytać o sprawy związane z gospodarstwem, po prostu ją informował, co zostało zrobione. Zauważył jednak co innego: dwa razy w tygodniu, w sobotę i środę pod wieczór, kiedy już dostał swoją kolację, pod dom zajeżdżał czarny samochód. Staszek nie widział, kto z niego wysiada, bo wchodził zawsze tylnym wejściem, a na tę część nie miał podglądu, nawet ze świniarni. Sam by się nie zastanawiał, gdyby niezawodny Herr Müller.
– Aha, znów Schneider przyjechał wyruchać starą Lemke – powiedział.
Początkowo Staszek puścił to mimo uszu, ale sytuacja powtórzyła się, a auto było to samo. Przyjął, że nie bierze tego do wiadomości, bo żal mu było Lemkego. Obojętne, jaki jest – myślał – ale należy mu się przyzwoite traktowanie. Za zdradą w swym krótkim życiu zdążył się zetknąć, chłopacy opowiadali o matkach, które miały „wujków”, brat jego ojca, wuj Alfons, miał kochankę, o czym rodzice nawet przy nim rozmawiali. Zawsze w myślach identyfikował się ze stroną zdradzaną, a zdradzających nie rozumiał, naturalnie nigdy nie przypuszczał, że kiedyś los sobie z niego okrutnie zadrwi.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 13-03-18, 08:08   #12
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
11.

Pewnej soboty czarne auto nie przyjechało. Nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie to, że wieczorem do jego drewutni przyszła Frau Lemke.
– Będziesz mim musiał napalić w piecu, bo źle się czuję – powiedziała. – Potrafisz?
Staszek skinął głową. Widział, jak to robi Albert i nie wydawało mu się to jakoś specjalnie trudne. Tylko skąd wziąć papier? Przecież nie pójdzie do pokoju Alberta po Mein Kampf, pani Lemke raczej by tego nie zaakceptowała, a skutki mogłyby być tragiczne. Zmienił bluzę, którą nakładał do pracy na drugą, bardziej porządną im poszedł do budynku. Pani Lemke wprowadziła go do tego pokoju, w którym jedli obiad świąteczny; wyglądał mniej uroczyście, ale mimo wszystko przytulnie.
– Albo wiesz co? Lepiej w sypialni. Tylko poczekaj chwilę, zawołam cię.
Było to jedyne pomieszczenie, w którym jeszcze nie byłem. Pod ścianą stało podwójne małżeńskie łoże, nad nim wisiał jakiś święty obrazek, poza tym nie różnił się specjalnie od pokoju Alberta. Nawet nie było portretu Hitlera, co Staszka zresztą niespecjalnie zdziwiło.
– To do roboty – powiedziała Frau Lemke.
Staszek szybko poradził sobie z zadaniem i po chwili ogień trzaskał w piecu a czerwone iskry spadały przez ruszt w popielnik.
– To ja już pójdę – powiedział.
– Poczekaj jeszcze – odpowiedziała pani Lemke. – Podejdź tutaj.
O co jej chodzi? – zastanawiał się, był jednak świadom, że musi spełnić każde jej polecenie. Lemke leżała na łóżku już bez tego koszmarnego czerwonego sweterka, w którym poszła do drewutni, a była ubrana w gustowną sukienkę, aż za bardzo wyzywającą jak na czasy wojny. Staszek zawsze uważał ją za ładną kobietę, nie była za szczupła, a jednocześnie nie gruba, po prostu w sam raz, no i była zadbana.
– Brakuje ci tutaj dziewczyny, nie? – zapytała z dziwnym uśmiechem. Staszek widział, że nie chodzi tu o radość, a o coś zupełnie innego.
– Nie myślę o takich rzeczach – odparł cicho.
– Podejdź bliżej – powiedziała, a gdy Staszek był już przy samym brzegu, sięgnęła ręką do jego krocza.
Chłopiec wpatrywał się w to przerażamy. Pragnął, by w tym momencie wpadł tu pan Lemke i strzelił jej w pysk. Rzecz jasna nic takiego nie nastąpiło, a Lemke posuwała się dalej. Wymiętosiwszy go w kroku, ściągnęła mu spodnie. Staszek zaczerwienił się, co naturalnie zauważyła jako doświadczona kobieta.
– No, no no… – powiedziała. – Widziałam z daleka, ale nie sądziłam, że jest taki ładny.
Staszek błagał w myślach by mu nie zesztywniał, jednak ciepło ręki, napięcie i nerwy wywołały skutek odwrotny. Frau Lemke tymczasem bawiła się napletkiem, ściągała go i naciągała swymi smukłymi palcami.
– Teraz wiem, że nie jesteś Żydem – powiedziała. Staszka olśniło. Więc ten incydent przy studni z Lemkem to był test na aryjskość?
– No to facet całą gębą jesteś. Żeby nasz Albercik miał choć połowę tego.
Staszek w ostatniej chwili ugryzł się w język i nie wyprowadził jej z błędu, że Albercik ma dłuższego, tyle że jak jest sflaczały, to wygląda jak niemowlę. Ucieszył się również, że ta wyuzdana kobieta jednak nie posunęła się do zabaw z własnym synem. Jednak na samo wspomnienie przyjaciela członek drgnął i osiągnął pełną długość.
– No i co z tym zdobimy? – zapytała protekcjonalnym tonem.
– Nie wiem, proszę pani pani – odpowiedział ze ściśniętym gardłem.
– Połóż się na mnie – zarządziła – tylko wcześniej zdejm spodnie.
Staszkowi zaszumiało w głowie i z trudnością oddychał. Nagi od pasa w dół wgramolił się na łóżku i położył na kobiecie. Ta ustawiła go tak, żeby ręką naprowadzić go na cel.
– Przyj!
Staszek pchnął biodrami i po sforsowaniu przeszkody znalazł się w grzęzawisku, ciepłym i żywym.
– No na co czekasz? – popędziła go.
Stosowne nauki Staszek odebrał od Alberta a jeszcze wcześniej od kolegów na podwórku, którzy lubowali się w opisywaniu tej czynności. Tak musiał się czuć Albert, jak był we mnie – pomyślał i to dodało mu odwagi. Robił to dokładnie tak jak Albert, mocnymi, długimi pchnięciami. Było mu coraz lepiej i mimo że drażnił go zapach, konsekwentnie dążył do celu.
– Och, mocniej! – krzyczała Frau Lemke.
– Już… – zasygnalizował chłopiec. Gdy zaczął pompować swe nasienie, otrzymał mocny cios w policzek z otwartej ręki. Czyżby zrobił coś źle?
– No uderz! – zawołała Frau Lemke jakby w jakimś amoku. Staszek, mimo że nie cierpiał przemocy, uderzył.
– Och… – szepnęła Lemke rozanielonym głosem. – Taki mały a taki dobry. Będzie z ciebie żona miała pożytek.

– Zostaniesz na kolacji, wykąpiesz się i wyśpisz w łóżku Alberta – zapowiedziała, gdy już oboje byli ubrani.
Staszek myślał o sobie z obrzydzeniem. Nie podobał mu się damsko-męski seks i, jeślim tego wieczora odebrał jakąś naukę, to taką, że to nie dla niego zabawa. Nic go nie podniecało i gdyby nie wcześniejsze zmagania z Albertem, na pewno nie dałby rady. Wtedy jego los mógłby być różny, bo była fama, że Frau Lemke potrafi być bezwzględna i okrutna. Staszek zjadł kolację i z rozkoszą położył się w łóżku Alberta. Był to najpiękniejszy moment dnia. Łóżko jeszcze długo pachniało chłopcem i Staszek nareszcie zrobił to po swojemu, z fantazjami, których nikt mu nie zabronił. Na pewno nie było w nich miejscach na pochwy i takie różne. Wytrysk przyjął jako oczyszczenie z tego całego zła, które miało miejsce tego wieczora.

To było jedyne spotkanie z Frau Lemke w takich okolicznościach i, ile razy gospodyni zbliżała się do Staszka, ten truchlał i był przygotowany na najgorsze. Wspomnienie tego miękkiego miejsca dalej przyprawiało go o mdłości i starał się na zawsze wymazać je z pamięci, niestety nieskutecznie. Bał się, że na każdą kobietę będzie reagował z podobnym obrzydzeniem. Gorzej, że inni zaczęli coś podejrzewać.
– Co ty tak często latasz do tej Lemke? – zapytał kiedyś Müller przy korowaniu bali drewna. – Jesteś jej nowym ruchadłem?
– E, nie – Staszek robił wszystko, by nie oblał go rumieniec. – Piece szorowałem.
– To uważaj, bo stara lubi młodych chłopaków – przestrzegł go Müller – a chcicę ma straszną. No chyba że lubisz takie stare rury.
– Jak to mawiają, na starej piczy młodzież się ćwiczy – rzucił z boku robotnik ze wsi, młody chłopak, dopiero po dwudziestce.
– Odezwał się ten, który jej nie przerżnął – przygadał mu Müller. – Ale na Lemke to ty jesteś za cienki w fiucie. Mawiają, że ona ma cipsko jak wiadro.
Rozmowa zeszła na świntuszenie, zresztą nie po raz pierwszy. Gdyby Staszek spisał wszystkie zasłyszane historie, wyszłaby z tego książka. Na jego szczęście były to prawie wyłącznie historie damsko-męskie lub damsko-damskie, więc wyłączał się i później już nawet nie słuchał. Raz tylko rozmawiali o czymś, co wywołało jego zainteresowanie.
– Mówią, że podobno ten lekarz, no jak mu tam, Wenzel, woli chłopaków a nawet ma jakiegoś – Müller był wręcz skarbnicą miejscowych plotek.
– Przecież on ma żonę i dzieci – przerwał mu jeden z pracowników, Schulz, który nie cierpiał starego za to, że rozpowszechniał plotki o jego żonie.
– A co to komu przeszkadza? Też dziura, mawiają że nawet przyjemniejsza.
– ******two należy tępić – mściwym głosem odezwał się Schulz. – Jeśli tak mówisz, to dlaczego go nikt nie zadenuncjował? – Na front albo kulka w łeb. Tymczasem on ma się, zdaje się, niezgorzej.
– Bo brakuje lekarzy? Bo go szantażują? Skąd oni wezmą lekarza z samochodem?
Staszek schował się za stos drewna, by nikt nie widział jego reakcji. Doktora Wenzla widział raz. Było w nim coś zastanawiającego, jakaś łagodność, delikatność, elegancja, niemal kobiecość. Jeśli to miałoby stanowić o tym, czy się woli kobiety czy mężczyzn to on sam widział się po tej drugiej stronie. Zaczął przechodzić mutację i głos miał nawet grubszy niż piskliwy głosik doktora.
– ******** ręki nie podam – zarzekał się Schulz. – Najlepiej niech trzymają się ode mnie z daleka, bo nie ręczę za siebie! – prawie wykrzyknął.
– Tak? – drwił Müller – zobaczymy czy będziesz taki chojrak, kiedy zachorujesz, a najlepiej ciężko.
– Zabrałbyś się do roboty a nie pieprzył głodne kawałki – Schulza nie stać było na inne argumenty.
Po tej rozmowie Staszek miał się na baczności przed Schulzem, którego dotąd lubił. Tamten też zauważył ochłodzenie relacji, nawet coś napomknął na ten temat. Jeśli Schulz nie poda ręki homosiowi, to dlaczego on miałby podawać normalnym? Bo ich jest więcej? Przecież nie jego wina, co się z nim stało, od zawsze pociągali go mężczyźni.

Pewnego dnia pod wieczór przed budynkiem mieszkalnym gospodarstwa pojawił się samochód i zaparkował zaraz przy czarnym aucie mężczyzny, który przyjeżdżał co środę i sobotę. Z samochodu wysiadł Lemke i jeszcze jeden mężczyzna, którego Staszek nie znał. Obserwował tę scenę z drzwi swojej drewutni. Oho, będzie groźnie – pomyślał. Zastanawiał się, czy Lemke ograniczy się do zrobienia awantury, czy też sprawa będzie miała jakieś poważniejsze konsekwencje. Podszedł pod studnię i celebrował mycie, z tamtego miejsca nawet dobrze było słychać domowe odgłosy. Rozczarował się. Zdrada była wysoko na jego liście przewinień i sam nie patyczkowałby się z niewierną żoną. To, że do tej niewierności walnie się przyczynił, spychał na drugi plan uważając, że został wykorzystany. Tego wieczora kolację przyniósł mu sam Lemke.
– Wyzdrowiał pan? – zapytał. Nigdy dotychczas nie ośmieliłby się zadać osobistego pytania, obawiając się w najlepszym razie pozbawienia kolacji czy czegoś podobnego. Jednak Lemke zareagował zupełnie inaczej.
– Połóż to żarcie na stole i podejdź do mnie.
Staszek, obawiając się najgorszego, celebrował wykonanie polecenia. Gdy już znalazł się kolo gospodarza, ten przytulił go do siebie. Lemke był zdecydowanie wyższy, Staszek prawie dzieckiem, jego głowa znalazła się na wysokości klatki piersiowej mężczyzny.
– Dziękuję ci bardzo. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie dziś na świecie.
Lemke przyjaznym gestem głaskał chłopcu podbródek. Staszek w objęciach Hansa Lemke czuł się o wiele lepiej niż przy jego żonie. Zastanawiał się, czy to coś zmieni w ich wzajemnych relacjach, już i tak innych niż na początku, kiedy Lemke i w twarz potrafił uderzyć i kolacji pozbawić.
– Będą z ciebie ludzie, jak ten burdel się skończy – powiedział na odchodnym, klepiąc go po ramieniu. Dopiero gdy opuścił drewutnię, sięgnął po chusteczkę i wytarł sobie oczy.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 15-03-18, 09:02   #13
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
12.

Zaczął się czerwiec, gorący w tym roku. Staszek już cieszył się na przyjazd Alberta. Wieczory spędzał na planowaniu i marzeniu, co będą robić, gdy już się spotkają. Może Albert pozwoli się dosiąść? – zastanawiał się. Jednak nauki Frau Lemke nie poszły w las i Staszek stracił wiele drogocennych kropli wyobrażając sobie, że są połączeni. Koniec czerwca zbliżał się wielkimi krokami.
Któregoś dnia, gdy pielił chwasty w ogrodzie, zauważył, że Frau Lemke wyszła z budynku zaczerwieniona, z podkrążonymi oczyma i skierowała się prosto do Staszka.
– Albert nie przyjedzie na wakacje – powiedziała tłumiąc szloch?
– Ale dlaczego? – zapytał po dłuższej chwili milczenia Staszek. – Coś zbroił?
– Jego szkoła została zmilitaryzowana – odpowiedziała Frau Lemke, patrząc się tępo w postrzępioną linię lasu i widniejące na horyzoncie góry.
– To znaczy? – Staszek wyczuwał, że to coś złego,w końcu nazwa kojarzyła się z wojskiem.
– To znaczy, że jest w wojsku będąc jednocześnie w szkole. Nie mają wyjazdu, internat jest traktowany jak koszary, ucieczka jest karana podobnie jak dezercja.
– Poślą ich na front? – zaniepokoił się Staszek. A więc jednak sprawdziło się to najgorsze. Widać sytuacja na froncie jest jeszcze gorsza, niż to się mówiło, naturalnie tylko wśród swoich.
– Kiedyś tak, na razie ćwiczą od rana do wieczora. Zresztą, masz tu, przeczytaj sobie, bo o tobie też pisze – sięgnęła do fartuszka i podała mu złożoną na czworo kartkę papieru. Staszek przebiegł ją oczyma. „Tylko nie mówcie nic wiecie komu, że mają nas w przyszłą wiosnę wysłać na front. To jeszcze nic pewnego, a nie chcę, żeby się dodatkowo martwił. On i tak ma ciężkie życie. Karmcie go porządnie i niech w końcu nie śpi w tej zasyfiałej pakamerze. Powiedzcie mu, że w razie czego będę go szukał i znajdę. Pozdrówcie go ode mnie.” – czytał. Kochany Albert – pomyślał. List był strasznie chaotyczny, ale pewnie dają im niezłą szkołę, W końcu ćwiczenia wojskowe to nie to samo, co nawet najtrudniejsza szkoła. Złożył kartkę i oddał ją Frau Lemke, choć najchętniej schowałby ją do kieszeni, jak najcenniejszy skarb. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale do momentu, kiedy kobieta opuściła ogród, trzymał się dzielnie.

Lato rozwijało się coraz bardziej, ku zadowoleniu Staszka rzadko padało, inaczej rzeczy zaczęłyby mu gnić. Jednak to była jedna z niewielu rzeczy, które go cieszyły. Albert pisał rzadko, zaczęła go dopadać seksualna pustka i złapał się na tym, że patrzył pożądliwym wzrokiem na współpracowników, a nawet samego Lemkego. Kiedyś stary złapał go na onanizowaniu się w drewutni, w końcu teraz późno zachodziło słońce i Staszek zasypiał jeszcze, kiedy było jasno. Był tak zmęczony, że nie usłyszał kroków nieuchronnie zmierzających do drewutni.
– A wal sobie, wal, tylko to teraz można robić dla przyjemności – powiedział Lemke, patrząc zaskoczony na członek, którego Staszek nie zdążył jeszcze schować,po czym obrócił się i wyszedł.
Ale poza tym spotykały ich ciosy, jedne większe od drugich. Najpierw podwyższyli kontyngent, drugi raz w tym roku, co oznaczało, że Lemke będzie musiał więcej swej produkcji oddawać państwu. Lemke wpadł w prawdziwy szał.
– I ja jeszcze mam karmić tych szaleńców i samobójców? Taki ****!
Dla Staszka oznaczało to, że znów będzie gorzej karmiony. Musiał przyznać, że jedzenie od czasu, kiedy Lemke wyszedł ze szpitala poprawiło się bardzo, było więcej, a nawet smaczniej. Kiedyś podczas kąpieli stwierdził, że jego żebra już nie są tak widoczne jak dotychczas, co przyjął z zadowoleniem.

Któregoś sierpniowego wieczora kolacja była o wiele później niż zazwyczaj, bo Lemke pojechał do miasta i długo nie wracał. Staszek powoli kładł się spać,czując, że tym razem nic z tego i pora wrócić do czasów, kiedy liczyło się każdą skórkę od chleba. Już zasypiał, kiedy do drewutni wszedł Lemke z talerzem i parującym kubkiem. Położył je na stole, ale nie wyszedł, tylko podszedł do pryczy Staszka i usiadł na niej.
– Będziemy musieli chyba poważnie porozmawiać – powiedział po czymś, co wyglądało na głębszy namysł albo przygotowanie się do rozmowy. Staszek patrzył na kontur tego barczystego człowieka i czekał bez słowa; taki wstęp nigdy nie wróżył nic dobrego.
– Co się stało? – zaniepokoił się. Pierwsze co przyszło mu do głowy, to podejrzenie, że wydała się ich miłość z Albertem, przy czym było mu obojętne, w jaki sposób by się to mogło stać, liczą się przecież skutki.
– Ty jesteś z Warszawy, prawda? – zadał ni z tego ni z owego pytanie Lemke. Staszek w duchu odetchnął z ulgą.
– Tak.
– Coś złego stało się w Warszawie – powiedział Lemke. – Nie wiem co, dochodzą jakieś informacje o powstaniu, Beobachterowi nie można co prawda wierzyć, ale też coś pisze na ten temat. W radio słyszałem. Mówią, że na ulicach leżą dziesiątki tysięcy zabitych.
Staszek w ułamek sekundy przebył myślami drogę z Drezna do Warszawy. Matka…
– Mówili chociaż w jakich dzielnicach? – zapytał z wyraźną trwogę w głosie.
– Mówią coś o centrum miasta, a ty mieszkasz?
– Na Czerniakowie, na południu, do centrum to ponad pięć kilometrów – odpowiedział z wyraźną ulgą w głosie.
– No to może was tak bardzo nie dotknie… – odparł. – Przykro mi. Ja zdaję sobie sprawę, że jesteśmy po dwóch stronach. Ale źle ci chyba u nas nie jest, prawda?
Staszek nie od razu odpowiedział. Co powiedzieć? Było i nie było a kłamać nie zamierzał. Owszem, bywał głodny, bywało, że nim pomiatali, ale zwłaszcza ostatnio niespecjalnie narzekał.
– Wie pan co? Sam nie wiem, co o tym myśleć. Ja jestem zwykłym niewolnikiem, nie bardzo mam prawo głosu.
– Przymusowym pracownikiem – poprawił go Lemke.
– Niech to pan nazywa jak chce. Z jednej strony korzysta pan ze mnie jako siły roboczej, z drugiej – daj Boże, żeby wszyscy przeszli wojnę tak jak ja. Ale ja to wszystko chromolę, ja muszę do Warszawy… Matka i rodzeństwo, pan rozumie… –m zakończył prawie płacząc.
Lemke przyglądał mu się ze zdumieniem.
– Bist du verrückt? – wykrzyknął. – Przecież nawet nie wjedziesz do Generalnej Guberni, dorwą cię jeszcze w Niemczech. Chyba domyślasz się, jak to się dla ciebie skończy? Nie muszę nawet kończyć. W każdym razie ja na to nie zezwalam. Póki co ja mam tu najwięcej do powiedzenia. Zapamiętaj sobie raz na zawsze – zakończył ostro, choć Staszek widział go już w bardziej zdecydowanych akcjach.
– Ja chcę tylko wiedzieć, czy moi żyją – powiedział płaczliwym głosem, – Bo jak nie, to…
– To co? – zapytał sucho Lemke. –, Nawet, jeśli by się cokolwiek stało, to trzeba żyć dalej. Nie wolno się poddawać. Jeśli coś złego się stało, co nie daj Boże, tego nie zmienisz. Zacznij być realistą. Bo rozumu ci nie brakuje. To ja wiem od momentu kiedy tu przyjechałeś...
– Tak? Niby skąd? – Staszek odetchnął. Nareszcie ktoś w niego wierzy.
Lemke zapalił papierosa.
– Tobie też? – podsunął paczkę.
– Ja sam zapalę. A pan nie powinien, lekarz tego panu nie powiedział?... Drugi raz się może nie udać.
Staszek nie lubił palić, jednak nieraz przekonał się, że palenie zabija głos i powoduje poprawę samopoczucia. Palił jednak niewiele i głównie machorkę, którą skądś przynosili koledzy z pracy. Nie bywał, tak jak oni, na głodzie i jeszcze nie musiał palić znalezionych niedopałków, co robili i Schulz i Müller. Wyjął papierosa z podsuniętej paczki, Lemke podsunął mu ogień.
– Faktycznie, może trzeba to świństwo rzucić w cholerę – głośno zastanowił obserwując unoszący się siwy dym. – A teraz słuchaj. W zasadzie my nie chcieliśmy parobka a kogoś do pomocy i na wychowanie, Najlepiej dwójkę. Brakowało nam dzieci po tym, jak Alberta odesłaliśmy do Drezna, a Hilda nie może mieć dzieci. Ale nie dało się, było już za późno, wszystko co nadawało się do zaadoptowania, dawno zostało już zaadoptowane, chodzi oczywiście om aryjskie dzieci.
– To znaczy?
– Takie, które nie są żydami. Mnie tam było wszystko jedno, ale przecież nie daliby mi żyda, Hitler ich nie cierpi. Pewnego dnia zadzwonił telefon z Arbeitsamtu, że mają chłopca w wieku na oko trzynastu lat, który wygląda na Aryjczyka i jest inteligentny. Tyle że nie na wychowanie, a do roboty przymusowej, Podobno zostałeś złapany na jakimś drobnym przestępstwie.
– Właśnie nie – zaprotestował Staszek i przedstawił swoją wersję wydarzeń. – Sam pan widzi, że to nie do końca było tak.
– W każdym razie w kartotece masz wpisane, że kradłeś i uciekałeś przed Gestapo.
Staszek nic nie powiedział.
– I dlatego dali cię jako pracownika przymusowego, choć mnie się od razu spodobałeś. Tyle że nie mogliśmy cię wziąć do siebie, mimo że w Arbeitsamcie cię zachwalali, nawet nie wiem, dlaczego.
– Wystarczy, że ja się domyślam. Też na pewno nie wiem. Tamten lekarz, który mnie badał, powiedział, żebym się nie martwił, bo wszystko się ułoży.
Staszek chciał opowiedzieć o związanych z nim podejrzenia, ale postanowił nie podnosić tego tematu. Dalej ostrożność była najważniejszym priorytetem na jego liście, mimo że Lemke nieco zmienił front, a Staszek nie podejrzewał go o jakiś postęp.
– Ja bym nawet cię wziął do domu ale Hilda się nie zgodziła. Poza tym Kontrolują cię jak wściekłe psy. Większość wizyt policji jest z twojego powodu. Teraz się trochę uspokoiło, bo mają inne problemy. Sytuacja jest dla armii niemieckiej paskudna, s********ją z Ostfrontu aż miło, teraz doszła bitwa we Francji i w Belgii. Dlatego biorą kogo się da na front, nawet po prawie dzieci sięgają. Aż się boję o Alberta, już jego szkoła zamieniła się w koszary a co będzie dalej?
– Ja też się boję, pan nie wie, jak bardzo...
– Zdziwisz się, wiem bardzo dużo. Albert ze mną wiele razy na twój temat rozmawiał. On jest w tobie prawie zakochany…
Staszek poczuł nagłe zawroty głowy i suchość w ustach. Jeśli Albert się wygadał…
– Nie, nie – powiedział trochę bez sensu.
– Lubicie się i to bardzo. Jak się was widzi razem, to widać, że to nie jest zwykłe koleżeństwo, jest między wami jakieś porozumienie, niezależnie od różnicy języka, wychowania, kultury. Nie mógł mieć brata, niech ma przyjaciela. Nawet jak się trochę po kutaskach potarmosicie…
– Nic takiego nie było – sucho oświadczył Staszek, ale nie doceniał wiedzy Lemkego.
– Ejże. Ja też byłem chłopakiem, różne rzeczy się robiło, też czasem z kumplami w krzakach zwaliło się konika. A Albert kawał chłopa jest, no i już dorasta. A mimo że jurny jest jak cholera, to do dziewuch się jakoś nie garnie, zresztą nie ma tu nic ciekawego, żadna mu się nie podoba, on taki raczej odludek jest. Może kiedyś trafi na tą właściwą.
– No raz to zrobiliśmy…
– Powiedziałbyś prawdę, gdybyś dopisał zero na końcu – zaśmiał się Hans. – No ale nie boję się o niego, bo ty jesteś normalny, tylko proszę cię, zostaw moją żonę w spokoju.
A, takie buty, pomyślał Staszek. Gdyby Lemke wyjechał z tym na początku rozmowy, wiałby gdzie pieprz rośnie. Jednak skakanka emocji w tej rozmowie zaczynała już go męczyć. Skąd on to wie?
– Ona mnie zmusiła – powiedział zimno i z nienawiścią w głosie.
– Nie musisz mi tłumaczyć – zaśmiał się Lemke. – Nie mogłeś postąpić inaczej, nie mam do ciebie pretensji. Tylko żeby ci się to za bardzo nie spodobało. O wierności mojej żony można powiedzieć bardzo wiele, niestety, nic dobrego. Myślisz, że to pierwszy problem z nią?
– Ale skąd pan to wie? – zapytał Staszek.
– Nieistotne, zresztą ty też się domyślasz, że muszę się jakoś zabezpieczyć. Moja ślubna przeleciałaby pluton wojska. Skąd to się bierze? Ona, Albert…
– Albert? – zdziwił się Staszek. Czyżby mu wszystkiego nie powiedział?
– No on cały czas męczy ten swój ogon, od kiedy miał trzynaście lat, nawet kilka razy na wieczór. On myśli, że tego nie słychać. Kilka razy go na tym złapałem… Pytałem się lekarza, mówił, by w zimnej wodzie kąpać, by krew wystudzić, ale to też nie działa. Melisę też pił. Pewnie po matce to ma. Ja tam babę lubię przydusić, ale i miesiąc potrafię wytrzymać, jak trzeba.
Nie brzmiało to aż tak źle, w każdym razie Albert go nie okłamał. A że ma duże potrzeby, to przecież nie jest takie złe, dopóki zaspokaja je razem.
– No nic, bądź dobrej myśli i nie rób głupot – Lemke poczochrał chłopca po głowie. – Włosy trzeba ci przystrzyc, przypomnij mi w tygodniu, jak będę miał więcej czasu. A teraz wracam do świń...
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 16-03-18, 09:43   #14
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
13.

O klęskach Wehrmachtu mówiło się coraz głośniej. Jak również o powstaniu nowego państwa polskiego, gdzieś na wschodnich rubieżach, choć Staszek nie bardzo wiedział, co w tamtym okresie należało do Polski. Słyszał też, że za powstaniem tego nowego państwa stoi Stalin i że rządzić będą komuniści. To pojęcie pojawiało się jeszcze w przedwojennym życiorysie Staszka, jego ojciec był sympatykiem Komunistycznej Partii Polski. On sam na polityce się nie znal, ale wiedział, że do Rosjan nie można mieć zaufania; dziadek zawsze powtarzał, że kacapy to bandycki naród. A pewnie wiedział, bo z Rosjanami walczył. Wszystko to utkwiło go w przekonaniu, że nawet, jak wojna się skończy, wcale nie będzie lepiej.

Zbliżały się święta, tym razem, co już było przesądzone, znów bez Alberta. Powoli zaczął zapominać, jak wyglądała jego twarz. Kiedyś zapytał Lemkego, czy nie ma jego zdjęcia.
– A kto by teraz myślał, o takich rzeczach… – odpowiedział. – Ale wiesz co? – ożywił się, jakby sobie coś przypomniał – Coś mi się kojarzy. Zobaczę.
Staszek myślał, że Lemke zapomniał już o swojej obietnicy i już był rozczarowany. Jednak pewnego wieczora obok miski z zupą, coraz gorszą i bardziej wodnistą, Lemke przyniósł mu fotografię wielkości kartki kartki od zeszytu. Staszek rzucił na nią okiem i zaniemówił z wrażenia. Był to portret Alberta w mundurku szkolnym. Albert był na nim jak żywy, ze swą poważną miną, nieco łobuzerskim uśmiechem, nawet znajoma górka śmiało mąciła płaskość podbrzusza.
– Tylko starej ani mru mru – powiedział cicho.
– Nie ma sprawy.
To niepozorne zdjęcie natychmiast ożywiło falę uczuć, nieco przytępioną pracą i ogólnym nieciekawym nastrojem. Lemke zdziwił się, widząc reakcję chłopca.
– Tak bardzo się lubicie?
Staszek tylko kiwnął głową, bo coś dusiło mu gardło.

Innym razem Lemke wpadł jak bomba do drewutni późnym wieczorem, dysząc z przejęcia.
– Chodź ze mną – powiedział, zanim Staszek zdążył zareagować. – Tylko szybko.
Staszek początkowo wystraszył się, że to policja albo jeszcze coś gorszego. Trochę się uspokoił widząc, że przed budynkiem nie stoi żaden samochód. Lemke wszedł do salonu, gdzie grało radio.
– Chodź – powiedział przyciszonym głosem. – Mówią po twojemu, posłuchaj.
Istotnie radio mówiło po polsku. Sygnał był słaby i nieraz zanikał, poza tym Staszek miał pewne kłopoty z przestawieniem się na polski, na co dzień jednak mówił i myślał po niemiecku. W audycji opisywano powstanie warszawskie, mówiono o zniszczonym mieście, o zimnie i pladze chorób. Z centrum nie pozostał kamień na kamieniu. Wola i Ochota zrównane z ziemią. Szczurów więcej niż ludzi. Później mówili o rządzie jakiegoś Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i twierdzili wprost, że za tym stoją Rosjanie. Inny głos przestrzegał Polaków za granicą, by poważnie się zastanowili zanim pomyślą o powrocie do Polski. Słysząc te informacje, Staszek rozpłakał się.
– Schlechte Nachrichten?
Staszek kiwnął głową, po czym streścił mu pokrótce, co usłyszał.
– Cóż... Nic na to nie poradzimy – odpowiedział Lemke. – Wszystko, co możemy, to czekać na rozwój sytuacji. Bo to, że ta wojna jest przegrana, to już jest oczywiste. A ty będziesz musiał sobie znaleźć miejsce w świecie.
– Wrócę do Warszawy – zapewnił gorąco.
– Na razie wróć do łóżka – odparł. Nie chciał go pognębiać uwagą, że nie wiadomo, na ile to będzie możliwe.

Na dodatek zaczęła szwankować poczta i telefon. Ostatni list przyszedł od Alberta w listopadzie. Już nie tylko Staszek martwił się o przyjaciela. Na kilka dni przed świętami Lemke wziął rower i pojechał na stację. Gdy wrócił, jego twarz była ziemista a oczy suche i matowe. Wieczorem Staszek dowiedział się, że od dwóch tygodni nie przyjechał żaden regularny pociąg z zachodu. Tylko żołnierze i towarowe. Święta były ponure i nikt tym razem nie bawił się w choinki i podobne zbytki. Tyle, co Frau Lemke ugotowała świąteczny obiad z kurczakiem, na który był zaproszony.
– Nie chce mi się żyć – powtarzał co jakiś czas Hans. – Z produkcją coraz gorzej, tamci naciskają, powoli nie będzie czym palić. Już i tak ścinam drzewa, które jeszcze mogłyby rosnąć co najmniej dziesięć lat. Świnie chyba będziemy musieli oddać wszystkie, a zresztą czym je karmić?
Lemke karmił je własnymi ziemniakami, które w tym roku nie obrodziły i musiał ograniczyć pogłowie prawie o jedną czwartą. Z reguły nadwyżki mgli przeznaczać na potrzeby gospodarstwa, tyle że w tej sytuacji nie będzie nadwyżek.
– A i pieniądze nie te same, co kiedyś, kiedyś za pięć fenigów kupiłeś bochenek chleba, a teraz? Ostatnio płaciłam prawie markę za bochenek.
– Markę? – Zdumiał się gospodarz.
– Teraz najpewniej płacić papierosami – odpowiedziała żona. – Nawet w kurczakach czy kartoflach byłoby taniej. Tylko mi szkoda. Może przyjść wielkim głód i co wtedy będziemy jeść? Chleb z kory?
Oderwany od życiowych realiów Staszek słuchał tego wszystkiego z przerażeniem. Już się nie dziwił, dlaczego, mimo że Lemke lubił go coraz bardziej, to karmił coraz gorzej. Przechodził uproszczony i bolesny kurs ekonomii kryzysowej.
– Miałem ci ocieplić drewutnię na zimę, ale nie było czym – Lemke zwrócił się d Staszka. – Pewnie strasznie tam marzniesz.
Zima rzeczywiście była bardziej mroźna niż rok temu, ale cudowny śpiwór, który Albert zdobył dla niego, na razie wystarczał.
– Cóż, będziemy musieli cię rozgrzać inaczej – uśmiechnął się, wyszedł do sypialni i wrócił z podejrzanie wyglądającą butelką. – Stara, przynieś młodemu jakąś szklankę.
– Co będziesz dziecko rozpijał – powiedziała gderliwie, ale jedno spojrzenie męża wystarczyło, żeby posłusznie spełnić polecenie. W taki sposób Staszek wykonał kolejny krok w dorosłość.

Warszawa już polska – tego dowiedział się od Müllera przy pracy, Lemke przekazał mu tę informację jako drugi, dzień później.
– Już niedługo skończy się dla ciebie ten koszmar – skwitował.
Jakoś wkrótce po tym fakcie. Zaczęły go nawiedzać ciężkie, nieprzyjemne sny. Zdziwił się, bo najczęściej mu się nic nie śniło, był za bardzo zmęczony a wstać musiał wcześnie. W pierwszym była zima, stali z Albertem nad jeziorem, w pewnym momencie lód się pod nimi zapadł, obaj znaleźli się na krach, które odpływały od siebie, by jakimś cudem znaleźć się koło siebie. Z tego snu Staszek obudził się zlany zimnym potem i cały dzień chodził osowiały, nawet Lemke podpytywał, czy czasem nie chory. Innym razem śniło mu się, że czeka na dworcu na Alberta a spikerka zapowiada przez megafony, że pociąg jest opóźniony i nie wiadomo, czy kiedykolwiek przyjedzie. Wszystkie te sny zwalił na karb zmęczenia, podłego wyżywienia i rozdrażnienia spowodowanego rozłąką z Albertem. Sen z 14 lutego był najokrutniejszy ze wszystkich, Albert stał pod domem, lecący samolot zrzucił bombę i na chłopca spadła osuwająca się ściana. Obudził się z krzykiem, na dworze było ciemno a w domu wszystkie światła były zgaszone, co wskazywało na głęboką noc. Lemke wstawał kolo piątej, zapalał światło w kuchni i po tym Staszek orientował się, czy może jeszcze pospać, zwłaszcza w zimie. Zmusił się, by spać, pomógł mu w tym kot, skrót położył, się kolo śpiwora.

Gdy otworzył oczy, spostrzegł, że na dworze jest już jasno. Pierwsza myśl to ta, że spóźni się do roboty. Dlaczego Lemke nie przyniósł mu śniadania? Rzucił okiem na kalendarz, który dostał w świątecznym upominku od Lemkego – czwartek, piętnastego lutego. Niezbyt przytomnie zauważył, że niedziela była kilka dni temu i na następną za wcześnie, musi iść do pracy, nawet jeśli ma to grozić połajankami od Lemkego, a bura była pewna jak w szwajcarskim banku, bo gospodarz nie znosił niepunktualności i surowo za nią karał. Ubrał się niechlujnie, najwyżej poprawi się w pracy, i puścił się biegiem do świniarni. O tej godzinie świnie powinny być nakarmione, a doglądał tego właśnie Lemke. Tymczasem koryta były puste a zwierzęta wściekle kwiczały, na widok Staszka rzucając się jedne przez drugie do koryt. Nakarmiwszy zwierzęta zajrzał do szopy, gdzie okorowywano bale, ale tam Lemkego również nie było. Wrócił do szopy, zmienił ubranie robocze na nieco bardziej przyzwoite, które było tylko o tyle lepsze, że nie pachniało świniami. Wyszedł z przybudówki i coraz bardziej nerwowymi krokami przemierzając zaśnieżone podwórze skierował się w stronę domu. Dopiero na śniegu zorientował się, że zapomniał nałożyć buty. Modlił się w duchu, by spotkał Lemkego a nie jego żonę, której takie wtargnięcia na pewno by się nie spodobało. Mógł wchodzić tylko po wyraźnym zezwoleniu.

Odczekał trochę, uspokoił oddech, po czym zapukał do drzwi. Odpowiedziała mu cisza i echo z korytarza. Zapukał ponownie, tym razem głośniej. Również bez odzewu. Przy jego nodze piszczał pies Rudi, który przybiegł z podwórza, widząc że jest szansa dostania się do środka domu. Nacierał na zamknięte drzwi, jakby walcząc ze Staszkiem o pierwszeństwo. Gdy kolejne, trzecie pukanie nie przyniosło rezultatu, przeżegnał się w duchu i nacisnął klamkę. Przywitał go chłodny,nieogrzewany korytarz. Na haku wisiała kurtka Lemkego, której używał w pracy, jak też płaszcz wyjazdowy. O ile nie ma jeszcze jednego, musi być w domu, pomyślał chłopiec. Tak cicho, jak to tylko możliwe przeszedł przez sień i kuchnię. Zastał wygaszony piec, starannie umyte naczynia, pewnie po wczorajszej kolacji. Pomyślał jedynie, że śniadania dziś nie będzie. Gdy dotarł do drzwi do salony, zapukał trze razy, po czym, nie doczekawszy się odzewu, delikatnie nacisnął klamkę. W półmroku przy stole siedzieli milcząco Herr i Frau Lemke. Hans palił papierosa zapatrzony tępo w odsłonięte okno. Ich twarze były ponure, zasępione.
– Wejdź – powiedział Lemke, przerywając kilkusekundowe milczenie, podczas którego Staszek czekał na jakąkolwiek reakcję.
– Siadaj – mężczyzna wskazał mu krzesło. Staszek usiadł ciężko, acz w milczeniu. Wiedział, że nie on teraz powinien mówić. W głowie kłębiły mu się najczarniejsze myśli, czekał na informacje a jednocześnie nie chciał usłyszeć.
– Od wczoraj trwają ataki lotnicze aliantów na Drezno – przerwał milczenie Lemke tępym, pozbawionym jakiejkolwiek barwy głosem.
– Albert? – zapytał Staszek z grzęznącym w gardle głosem.
– Nie wiemy. Tam jest prawdziwa rzeźnia. Londyn mówi o dziesiątkach tysięcy zabitych. Berlin tylko o nalotach, bez jakichkolwiek innych danych.
Staszek wstał, podszedł do radia, wziął stojące na nim zdjęcie twarzy Alberta oprawione w ramki i przycisnął mocno do policzka. Nie zastanawiał się co robi, jak to zostanie odebrane, co będzie dalej. Co go obchodzi, co sobie pomyślą. Chłód szkła szybko przeszedł w ciepło wspomnień, bijących jak spienione bałwaby w falochron i roztrzaskujące się w krople. Ze zdjęcia Albert dalej spoglądał na niego tymi ciemnymi, roziskrzonymi oczyma, ogolony niemal po żołniersku. Niby poważną twarz mąciło coś nieuchwytnego, ale jednak obecnego. Staszek znał tę fotografię, ale tym razem odbierał ją zupełnie inaczej.
– Siadaj – Lemke wskazał chłopcu krzesło.
Usiadł i nagle ujrzał kuriozalność całej sytuacji. On, Polak na przymusowych robotach, praktycznie w niewoli, opłakuje śmierć Niemca w jatce, która tym pieprzonym faszystom wyjątkowo się należała i w każdej innej sytuacji poprawiłaby mu niesamowicie humor. Ba, nie miałby nic przeciwko temu, by alianci zrównali miasto z ziemią dokładnie tak samo jak naziści zrobili to z Warszawą.
Frau Lemke obserwując tę scenę znów zaszlochała spazmatycznie. Staszek sięgnął bez pozwolenia po paczkę papierosów leżącą na stole i wyjąwszy jednego,bezmyślnie miętosił go w palcach rozkruszając tytoń. Skierował pytający wzrok na gospodarza.
– Pal – powiedział. – Zresztą, rób co chcesz, nam już jest wszystko jedno. Chcesz coś zjeść, idź do spiżarni i sobie coś weź. Niewiele jest, ale na śniadanie starczy. Najchętniej odesłalibyśmy cię do Polski, Warszawa jest przecież wolna, powinieneś poszukać swojej rodziny. Oficjalnie wojna się jeszcze nie skończyła, ale łatwo powiedzieć, co będzie dalej. Wejdą tu Rosjanie i nie pozostanie ze wsi kamień na kamieniu. Oni stosują taktykę spalonej ziemi, plądrują, rabują, gwałcą. To dzicz – Lemke westchnął na zakończenie tej perory.
Staszek na końcu języka miał uwagę, że przecież Niemcy robią dokładnie to samo, powstrzymał się jednak ostatkiem zdrowego rozsądku.
– Państwo coś jedli? Zrobię śniadanie.
– Nie musisz. Nic już nie musisz – odpowiedziała Frau Lemke może jeszcze bardziej zrezygnowana.
Staszek wpatrywał się to w portret to w poszarzałą twarz Lemkego, to w wyłaniający się zza chmur biały szczyt góry, którą Niemcy nazywali Reifträger. Kiedyś podczas ich radosnych rozmów obiecali sobie, że wdrapią się tam razem. Staszek nie od razu zrozumiał co to znaczy hinaufklettern, wypowiedziany przez Alberta brzmiał niemal jak zaklęcie i zwiastował cudowną przygodę. Zaczął płakać, początkowo bezgłośnie, później coraz bardziej spazmatycznie. Dopiero ręka Lemkego na jego głowie uspokoiła go nieco.
– Bądź mężczyzną. Nie opłakuj obcych, mało ci, że nie wiesz, co się dzieje z twoimi?
– Wie pan co? Wisi mi, co sobie pan w tej chwili pomyśli – wybuchnął Staszek. – Albert jest mi tak samo bliski, jak rodzina. I w dupie mam to, że jest Niemcem. Jest dokładnie takim samym człowiekiem jak ja. To głupie pieprzenie o nadludziach, podludziach, rasach jest jednym wielkim bełkotem od rzeczy. Panie Lemke, dla mnie ludzie dzielą się na dwie grupy – dobrzy i źli, niezależnie od całej tej politycznej szmiry, którą nas się karmi. Wy jesteście dobrzy, Albert jest dobry, moja sąsiadka z Warszawy to głupia pinda – i nic tego nie zmieni. To Albert był pierwszym człowiekiem, któremu opowiedziałem swoje największe tajemnice. Ba, Albert zrobił dokładnie to samo. Na wiele spraw mam poglądy bliższe jemu niż mojej własnej matce. Wie pan co? Gdybym dzielił ludzi na Niemców i Polaków, to wcale nie ratowałbym pana tamtego popołudnia. I nie rozpaczał, kiedy Albert nie przyjechał na święta.
Cały ten zapalczywy monolog Staszek wygłosił prawie na jednym wydechu. Po czym znów zapadła głucha cisza, podczas której Staszek łapał oddech. Papieros w tym mu nie pomógł, zaciągnął się dymem, po czym zaczął kaszleć. Lemke nie zdjął ręki z ramienia chłopca, głaskając go po głowie.
– Co teraz? – zapytał uspokojony nieco Staszek.
– Nic. Będziemy czekać. Na Alberta, na koniec wojny, bo przecież kiedyś się musi skończyć. Londyn mówi, że Rosjanie przesuwają się w naszym kierunku. Są już w Polsce, w tej chwili odbijają Prusy Wschodnie ale kierunek marszu jest ewidentnie na zachód. Jeśli z innymi miastami alianci zrobią to co z Dreznem, ani Armia Czerwona ani alianci nie będą nawet musieli zdobywać Berlina...
– Panie Lemke, a gdybym tak dostał się jakoś do Drezna i próbował poszukać Alberta?
– Wybij to z głowy. Nie potrzeba nam następnego trupa…
– To ja już wrócę do pracy. Świnie dostały jeść, trzeba wyrzucić gnój – poinformował Staszek i odsuwając rękę Lemkego podniósł się z krzesła.
– Nie, Zostań z nami.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 18-03-18, 09:48   #15
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
14.

Nerwowa atmosfera w domu gospodarza z wolna ustąpiła, a sprawa Alberta zawisła gdzieś w przestrzeni między nimi, nikt nie ważył się podejmować tego tematu na głos, czasem tylko Herr Lemke w jakimś odruchu na krótki moment przytulił Staszka do siebie. Spokojne dotąd dni zmieniły się nie do poznania. W gospodarstwie zaczęli bywać ludzie, których Staszek dotąd widywał na wsi, a raczej na drogę, bo na wieś wypuszczano go bardzo rzadko, albo znał wyłącznie ze słyszenia. Każdy zbliżający się warkot motoru wprowadzał w domu nerwową atmosferę. Frau Lemke bladła i zaszywała się gdzieś głęboko w domu i z nerwów dziergała szydełkiem. Herr Lemke, mężczyzna w końcu, hołdował zasadzie Augen zu und durch i nieprzytomny ze zdenerwowania oraz przygotowany na najgorsze wychodził na ganek wypatrywać gości. Każdy gość, a zwłaszcza listonosz, mógł przynieść tę najgorszą wiadomość. Staszka dotknęło to w mniejszym stopniu. Wierzył, a nawet mógł przysięgać, że wie, że Albert żyje i kiedyś napomknął o tym Lemkemu.
– Niby dlaczego miałby żyć, skoro tam same trupy? Skąd to wiesz?
– Albert nie zostawiłby mnie bez pożegnania. Nie on – powiedział z żarem w głosie. Lemke popatrzył na niego zdziwiony.
– Was soll das? Was für ein Quatsch ist das?? – prawie wykrzyknął.
Staszek westchnął.
– Mamy taką sąsiadkę w Warszawie, która zawsze mówi, że jak się kogoś bardzo kocha, to jak ta osoba umrze, to przyjdzie się pożegnać. Jak byłem mały, to nie wierzyłem, ale do czasu. Jak miałem może osiem czy dziewięć lat, umarła moja babcia, którą bardzo kochałem, bo była bardzo dla mnie dobra. Dwa tygodnie po pogrzebie czy coś koło tego przyszła do mnie we śnie. Przytuliła mnie i powiedziała, że dam sobie radę, potem zniknęła.
– Obyś miał rację – powiedział Lemke, a Staszek zauważył, że gospodarz ma mokre oczy.
– Albert by mnie tak nie zostawił – powiedział z naciskiem.
Gdy odszedł, Lemke jeszcze długo siedział kręcąc z niedowierzania głową.

Te lutowe dni zmieniły wiele w relacjach między Staszkiem a państwem Lemke. Nie było już rozkazów a prośby, nie pracował dwunastu godzin a osiem, a Lemke zmiłował się nad chłopcem i już go nie wysyłał do korowania pni, roboty, która zdecydowanie najmniej mu leżała. W bezpiecznych momentach mógł bywać w domu i jeść posiłki z gospodarzami.
– Strasznie pada – powiedział kiedyś Lemke przy kolacji – i niektóre twoje rzeczy są zbutwiałe, aż śmierdzą. Nie bardzo mogę ci kupić nowe, bo po prostu nie ma, a od ludzi się nie da, bo nikt nie chce wyzbywać się tego, co ma. Jest bardzo możliwe, że tu będzie front, nic dziwnego, że każdy się zabezpiecza.
– Może gdyby się przeprało… – odpowiedział Staszek.
– To też, ale ja nie o tym chciałem. Przeczekasz te ulewy u nas, przecież jest pokój Alberta.
– A jak przyjdą? No wie pan, z policji?
– W nocy raczej nie przychodzą, chyba że kogoś szukają. Może być i tak, ale wątpię, tych kilka dni przeczekasz u nas. Tylko musisz się porządnie wyszorować, najlepiej jak ja to zrobię.
Staszek nie wiedział, co sądzić o tej propozycji a raczej nakazie. Lemkego się niby nie wstydził, ale… zawsze pozostawało to coś. Po szoku wieczora z pochwą pani Lemke jeszcze nie do końca doszedł do siebie. To jej macanie było takie jakieś obleśne.
– To już się prześpię u siebie, tam naprawdę nie jest tak źle.
– To ja do ciebie prawie jak do zięcia, a ty… – powiedział Lemke niby poważnie, ale Staszek wyłapał ukrywaną wesołość w głosie. A przecież gospodarz poczucia humoru nie miał, a jeśli starał się być dowcipny, to najczęściej wypadało to żałośnie.
– Z tym zięciem to pan jednak przesadza – uśmiechnął się Staszek, a był to chyba pierwszy uśmiech podczas jego rozmów z Hansem, na początku się go bał, później nie było z czego się cieszyć...
– Nie byłbym tego taki pewien – Lemke dalej pozwolił sobie na figlarny ton. – Jest w ciebie wpatrzony jak w obrazek, żyć bez ciebie nie może, w nocy wymyka się z domu, by spędzić noc z tobą… Narzeczoną sobie znalazł, verdammt noch mal…
O tym, że Lemke lubi być dobrze poinformowany, Staszek wiedział. Nie wiedział tylko, że aż do tego stopnia.
- A to przecież to chyba nie wszystko, coście nawywijali.
– Dobrze – Staszek zebrał się na odwagę. Słowo zięć łaskotało jego duszę, ale na pewno nie w wykonaniu Lemkego, coś tu wydawało mu się potężnie nie tak. – powiedzmy, że może część z tego co pan mówi jest prawdą. Nie wszystko, ale część. To dlaczego pan mnie nie zadenuncjował na policję? Albo zabronił nam się spotykać?
– A na to pytanie musisz sobie odpowiedzieć sam, wbrew pozorom nie jest tak trudno. A teraz przyszykuj wody do kąpieli – powiedział i klepnął chłopca w tyłek, jakby go popędzając.
Już dawno, a na pewno od momentu wyjazdu Alberta, Staszek czuł się tak zrelaksowany jak właśnie podczas tej kąpieli. Zrazu wytworzyła się między nimi więź, która nie miała nic wspólnego z żądzami i „świństwami”, przypadkowy wzwód spowodowany dotykiem ręki nie podniecał, ale i nie krępował. Było miło a nawet wesoło. Mimo zimnej wody Staszek doznawał ciepła, nie w ciele, ale, według Staszka, tam, gdzie naprawdę powinno być.

Któregoś wieczoru przyszła do pani Hildy Lemke koleżanka na plotki. Staszek nie cierpiał tej plotkary, ale ostatnio najlepsze i najbardziej wiarygodne informacje krążyły z ust do ust, kto miał radio, a także czas i odwagę na jego słuchanie, zwłaszcza stacji alianckich, był mile widziany w każdym towarzystwie. Oczywiście obawiano się szpicli, byli wszędzie, ale głód informacji był ogromny. Poza tym trzeba było to powiedzieć w odpowiedni sposób, na przykład: „Wczoraj szukałem Berlina na skali, ale wtrąciła się jakaś szczekaczka, która powiedziała, że….” a zakończyć „oczywiście to są brednie i celowa dezinformacja”.
Hilda również przyszła się czegoś dowiedzieć. Staszek, który akurat był w domu i palił w piecu, usłyszał fragment rozmowy.
– Syn Schmidta też zginął na wojnie. Ciekawe rzeczy mówią na wsi o tej jego śmierci. Otóż tej nocy, gdy umierał, wył jego pies. Stell dich vor, jakby czuł śmierć. Cała wioska to słyszała, stary Schmidt mieszka przecież przy kościele. A wasz pies jak? Wył? Kręcił się wokół własnego ogona?
– Był cicho – powiedziała z przekonaniem Hilda. – Zresztą śpi tam gdzie Staszek. – A ty – zwróciła się bezpośrednio do chłopca, pochłoniętego grzebaniem w czeluściach pieca – słyszałeś coś?
– Nie, był cicho. I czternastego i piętnastego. I później też – odpowiedział Staszek po dłuższym namyśle.
– Jest więc nadzieja, meine Liebe – szczebiotała dalej sąsiadka.

Staszek nie mógł długo zasnąć. Owszem, on też próbował sobie wywróżyć swój los z wielu przesłanek. To chyba nieuchronne i w pewnym sensie naturalne w przypadku braku jakichkolwiek wiadomości. Z reguły nie wierzył w takie rzeczy, nawet w powoli zaczynał wątpić w Boga, a po czternastym lutym już otwarcie nie wierzył. Dla Staszka zaczęło się liczyć wyłącznie to, co mogło być dotknięte, przeliczone, zmierzone i zważone. Tyle że tutaj nie było czego liczyć ani mierzyć. Jeśli policja się nim długo nie interesowała, tłumaczył sobie, że Szkopy mają problemy na froncie i są zajęci czymś ważniejszym. Tak samo usiłował interpretować sny, tym bardziej, że niektóre się sprawdzały, z tym w przeddzień katastrofy włącznie. Ale wróżyć z tego czy pies wył czy nie... Tej nocy przyśnił mu się Albert. Brudny, zabłocony, wyłaniający się gdzieś spod ziemi. A później kąpali się razem w balii za drewutnią i długo kochali na sianie w stodole. Tyle że nie tylko Albert był brudny. Staszek obudził się w środku nocy i trochę zawiedziony żałował, że to był tylko sen. Wstał, odnalazł zachomikowane pudełko zapałek mi ogarek świeczki i gdy już pakamera wypełniła się mdłym, słabym światłem, wyjął swój największy skarb, zdjęcie Alberta i wpatrywał się w nie tak długo, aż ogarek zgasł.

Kiedyś, przebywając we wsi, zetknął się przypadkowo z pracującym u innego bauera Polakiem, trzydziestoletnim mężczyzną, Józefem. O ile starał się nie rozmawiać z Polakami, tej właśnie rozmowy żałował szczególnie. Wśród Polaków we wsi gruchnęła plotka, że Staszek jest zniemczany w niemieckiej rodzinie, a izolowanie się chłopca tylko pogłębiało podejrzenia i nadawało cech prawdopodobieństwa tej informacji.
– Jakby ci było z nimi źle, to byś nam wcześniej czy później powiedział, argumentował Józef.
Staszkowi nie bardzo się chciało rozmawiać z kimś, kogo znał głównie ze słyszenia, a i to z nie najlepszej strony.
– A co by to dało? Pomógłbyś? Ciekawe jak? Gdzieś był, jak na początku zdychałem z głodu?
Jednak Józef, starszy i o wiele bardziej doświadczony, nie dał się przekonać.
– Kto wie, czyś ty bratku, volkslisty nie podpisał.
Staszek puścił tę uwagę mimo uszu, zwłaszcza że nikt mu nie kazał niczego podpisywać. Z niedowierzaniem słuchał tych i innych piramidalnych bzdur, ale od pamiętnej podróży pociągiem wiedział, że nie ma co polemizować, nawet jak się posiada racjonalne argumenty. Ba, im bardziej racjonalne, tym większy opór budziły. Wojenna logika prędzej uznawała wydarzenia nieprawdopodobne, ale zdobyte z pokątnych źródeł niż bardziej prawdopodobne i widoczne gołym okiem a potwierdzone przez ludzi wroga.
– Mówią, że ty i rozmawiasz z nimi, i jesz...
– Ciekawe kto – zaperzył się Staszek. Takie informacje mogły wydostać się głównie przez Müllera, będzie musiał sobie z nim pogadać. Bo kto by inny?
– Poczekaj, niech no tylko Armia Krajowa wejdzie tutaj, pierwszego cię rozstrzelą. Zlikwidują jak te ****y, co się puszczają z Niemcami – powiedział ostrym tonem.
– Uważaj, żeby od ciebie nie zaczęli – odciął się Staszek, obrócił na pięcie i odszedł. Coś go podkusiło i zszedł ze ścieżki na trawę, na ułamek sekundy przed tym, kiedy obok jego głowy przeleciał spory kamień. Puścił się pędem i biegnąc zygzakami dotarł do domu.

Dalsze dni płynęły spokojnie, pies milczał albo szczekał a nigdy nie wył, a Staszek słuchając potajemnie ale za zezwoleniem Lemkego Londynu coraz bardziej zaczął wierzyć w zbliżający się koniec wojny.
– I co dalej zamierzasz robić, jak tu już wejdą Rosjanie? – zapytał go Lemke po jednej z takich sesji nasłuchowych przy ogromnym Telefunkenie.
– Znaleźć rodziców, to oczywiste. A później… Będę szukał Alberta.
– Zdajesz sobie sprawę, że nas stąd wypędzą? Te ziemie będą należały do Polski, wszystko, co na południe od Breslau aż po Karkonosze. Już się mówi, że wywalą nas zaraz, jak tylko Armia Czerwona opanuje te tereny.
Staszek nie wiedział, czy się cieszyć, że te ziemie będą polskie, czy żałować, że państwo Lemke będą musieli przeprowadzić się gdzieś w głąb Niemiec. Jeśli Albert się znajdzie, będą musieli podjąć decyzję, gdzie mieszkać. W Niemczech pewnie nie będą go chcieli, co go wcale nie dziwiło. Jeśli prawdą jest to, co się słyszy, Sowieci mogą im zgotować piekło nie gorsze od niemieckiego. Stalin to potwór podobny do Hitlera. Może uciec teraz, kiedy granice są pilnowane z doskoku?? Tylko gdzie? Na pewno tam, gdzie nie ma Ruskich ani Niemców. Zresztą, co będzie się martwił na zapas. Znając życie, pewnie będzie jeszcze zupełnie inaczej…

Któregoś popołudnia kopiąc ogródek na wiosnę zaciął się paskudnie łopatą w łydkę. Co prawda po chwili przemył ranę pod studnią, jednak już następnego dnia zaczęła puchnąć, a on czuł się coraz gorzej. Po południu miał już wysoką gorączkę i poszedł do Lemkego. Ten kazał mu natychmiast przerwać pracę i położyć się w pokoju Alberta.
– Ależ ty prawie parzysz – zakrzyknęła Frau Lemke dotykając czoła chłopca. Staszek normalnie unikałby jej dotyku jak zarazy, tym razem nie miał nawet siły protestować. Podeszła do apteczki i podała mu tabletkę aspiryny, jedną z ostatnich, jakie miała.
– Tu nie ma się co certolić, trzeba wezwać lekarza – zdecydował Lemke.
– Nie, niech pan tego nie robi, błagam pana – Staszek mimo wzbierającej gorączki usilnie protestował. Wiedział, że w momencie, gdy dostanie się do szpitala, automatycznie stanie się kawałkiem mięsa, z którym tamci nie będą się liczyć i zrobią dokładnie to co będą chcieli: uśpić, wysłać do obozu, cokolwiek. Zwłaszcza z powodu jego narodowości, o ile ufał zwykłym Niemcom, na pewno nie miał zaufania do urzędników i aparatu Rzeszy. Dość się naoglądał. Usiłował to jakoś wytłumaczyć Lemkemu, jednak gorączka sprawiała, że nie mógł ułożyć żadnego sensownego zdania w obcym dla niego języku. Wstał i niepewnym krokiem ruszył w kierunku werandy prowadzącej na podwórze. Przy futrynie poczuł, że traci kontakt z rzeczywistością. Gdy się ocknął, siedziała koło niego Frau Lemke i trzymała go za rękę. Chciał krzyczeć, protestować, ale nie mógł ruszyć kończyną nawet na kilka centymetrów.
– Chłopie, czy wiesz, że od tego można się nawet przekręcić? – Frau Lemke także była przejęta – Stary pojechał po lekarza. Masz tu leżeć i zaraz zrobię ci gorącej mięty.
Na myśl o napoju Staszek poczuł mdłości.
Lekarz przyjechał po niespełna kwadrancie, obejrzał chłopca i pokiwał głową.
– Tu trzeba szpitala. Na pewno jest zakażenie, a mnie to wygląda na tężec. Zawiozę chłopaka do Hirschberga.
Ani Lemke ani jego żona nie protestowali. Długo stali na drodze i patrzyli na znikające auto. Lemke otarł łzę, ale tak, by żona tego nie widziała.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 18-03-18, 23:15   #16
Milenart
Świntuszek
 
Zarejestrowany: Aug 2013
Postów: 55

Płeć: Kobieta
Widzę, że robisz kopiuj-wklej całą książkę. Ciekawe czy ktoś to przeczyta?
Milenart jest offline   Reply With Quote
Old 20-03-18, 09:33   #17
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
15.

Podskakiwanie samochodu na wyboistej drodze, zapach benzyny i spalin, jakieś głosy po niemiecku, czerń, w którą wgryzała się mdła żółć reflektorów i inne równie bolesne bodźce tworzyły rwany, nieciągły obraz, który Staszek starał się zapamiętać w odstępach między jednym omdleniem a drugim. Był jednak zbyt słaby by wyciągnąć z tego jakiekolwiek konkretne wnioski, zorientować co się z nim dzieje. Później nie było długo nic.

Gdy po raz kolejny otworzył oczy, był już bardziej przytomny. Leżał w ciemnym, nieoświetlonym pokoju. Był dzień a przedmioty wywołane mdłym światłem zza niestarannie zamkniętych zasłon tworzyły dziwne cienie, z których na początku starał się zrekonstruować obraz rzeczywistości. Bał się ich, zwłaszcza kiedy ruszały się po ścianie. Kilka minut trwało, zanim cienie się uspokoiły, a on zaczął myśleć./ Co się stało? Gdzie jest? Dlaczego? Nic nie przypominało ani jego drewutni ani pokoju Alberta, w którym ostatnio często sypiał. Po mniej więcej godzinie udało mu się ze sporym trudem odtworzyć przebieg ostatnich wydarzeń. Ba, żeby tylko wiedział, gdzie jest – pomyślał i w tym momencie poczuł nieprzyjemne ciśnienie w pęcherzu. Trzeba coś z tym zrobić – pomyślał i wykonał pierwszą próbę wstania, którą odpuścił sobie w momencie, gdy doczołgał się na skraj łóżka a usiłowanie wstania przerwało kręcenie w głowie i nagły silny pot. Spróbował raz jeszcze i czuł jak traci równowagę. Kilka sekund później drzwi otworzyły się z piskiem i hałasem a pokój zalało niezbyt przyjemne światło. W drzwiach stanął mężczyzna, którego sylwetka, zwłaszcza z profilu, wydała mu się zastanawiająco znajoma.
– Leż, tobie nie wolno wstawać. Straciłeś masę sił – odezwał się mężczyzna po niemiecku miłym, głębokim głosem. Staszek mógłby przysiąc, że już go gdzieś słyszał, tyle że był za słaby, by skojarzyć fakty.
– Ale ja muszę...
– Nic nie musisz – powiedział kładąc Staszka z powrotem na łóżko. – Leż i mów, czego ci potrzeba.
– Nic, tylko muszę do toalety… – Staszek w nawet takim momencie i po tylu przejściach czuł wstyd.
Mężczyzna wyjął spod łóżka szklany przedmiot, który Staszkowi nie kojarzył się z niczym, uchylił kołdrę i wykonał odpowiednie przygotowania: ściągnął chłopcu pasiaste spodnie, złapał skurczony członek, kilkoma ruchami go wyprostował i skierował w stronę otworu kaczki.

Staszek, świadom, że w tak intymnej chwili jest obserwowany, odwrócił ze wstydu głowę. Ze zdwojoną mocą wróciły do niego sceny z pociągów, gdzie nieraz tak intymne czynności trzeba było wykonywać przy innych.
Zorientował się szybko, że obsługujący go mężczyzna wykonywał nieco więcej ruchów niż absolutnie niezbędne minimum i celebrował czynność, która nie powinna trwać dłużej niż dziesięć, góra piętnaście sekund. Ale wiedział, że nie jest w stanie się sprzeciwić, że jest na z góry straconej pozycji. Tym bardziej, że po kilku sekundach wstydu pomieszanego ze strachem zaczęło mu się robić przyjemnie.
Mężczyzna zniknął i pojawił się jakieś piętnaście minut później z talerzem mlecznej zupy i kilku kromkami chleba.
– Nic więcej nie mam – powiedział, gdy Staszek odmówił zjedzenia. – Wmuś to w siebie i nie wybrzydzaj. Gdybym zrobił to, co tak naprawdę do mnie należało, to leżałbyś teraz w szpitalu w Grünbergu lub Landeshut – powiedział, z trudem hamując gniew. – Raczej w tym drugim, a gdybyś się jednak zdecydował wyzdrowieć, to zabraliby cię prosto do obozu.
– Właśnie... – przerwał Staszek. Mimo, że nie cierpiał mleka, zjadł co mu dano i poczuł jak powoli wracają w nim siły.
– Cóż, masz więcej szczęścia niż rozumu. Po pierwsze, to jednak nie tężec a zwykłe zakażenie. Organizm młody, choć osłabiony, wybronił się jakoś. Te penicylinę dla ciebie udało mi się jakoś załatwić. Ale ogólnie nie mam dla ciebie dobrych wiadomości, nie możesz tu być zbyt długo. Będę musiał cię odwieźć z powrotem jak ci się tylko polepszy na tyle, że będziesz mógł sam chodzić.
Staszek dalej nie rozumiał, w czym problem, nawet cieszył się, że wraca do państwa Lemke, jest szansa, że dowie się czegoś o Albercie.
– Mnie nie wolno ciebie trzymać w domu. Jesteś Polakiem i gdyby tylko ktoś się dowiedział, miałbym ogromne problemy. Nie wiem, czy pamiętasz, ale gdy ciebie wiozłem, zostałem zatrzymany przez gestapo...
Staszek z miejsca skojarzył sobie głosy, które w malignie słyszał w furgonetce. A więc jednak nie wydawało mu się. Kiwnął głową.
– Ewidentnie szukali kogoś, prawdopodobnie była ucieczka w KL Gebhardsdorf. Udało mi się z najwyższym trudem ciebie obronić i oficjalnie jesteś w szpitalu.

Tego dnia nie zdarzyło się już nic godnego uwagi. Następnego dnia doktor pojawił się w pokoju wcześnie rano.
– Jest niedziela i mam wolne – powiedział niezwłocznie po wejściu do pokoju. A ty, widzę, wyglądasz coraz lepiej. Wieczorem, jak tylko się ściemni, odwiozę cię z powrotem do Friedeberga.
– Niech mi pan powie, dlaczego pan to robi... I... – chwilę trwało, zanim zebrał się na odwagę – czego pan oczekuje.
Staszek skojarzył już doktora z badaniem, które przechodził po opuszczeniu pociągu. Patrzył na niego pytająco, jakby obawiał się odpowiedzi, doktor nie od razu odpowiedział na pytanie.
– Sposób w jaki pytasz, wskazuje, że czegoś się domyślasz, nicht wahr?
Staszek ze wstydem skinął głową. Oczywiście domyślał się, o co doktorowi chodzi i tu zaczynał się problem. Bo po ciężkich dniach czul się coraz lepiej i zaczynała go dusić żądza. Doktor cały czas przebywał w pokoju, nie miał innego pomieszczenia, nawet sraczyk był na korytarzu.
– Mógłbym teraz powiedzieć masę rzeczy, prawdziwych lub nie ale po prostu lubię cię – ciągnął doktor. – Podobasz mi się... nie, nie tak, jak myślisz. Tak zresztą też. Ale niczego od ciebie nie chcę. Ja już miałem kilka nieprzyjemności z tego powodu i kilka osób się domyśla, że wolę facetów. Tyle, że nikt nie może mi niczego udowodnić, bo tak po prawdzie, niczego udowodnić się nie da. Jestem sam, nie mam nikogo, nie ma problemu. Problemy zaczęłyby się, gdybym był z kimś. Zresztą powiem ci, że gdy sobie już popijemy w kasynie, to różne rzeczy się mówi. Że nawet sam führer...
– Po co mi pan to wszystko mówi?,– przerwał Staszek dość obcesowo. Jeśli nawet ten doktor wizualnie mu się podobał, bo przypominał z sylwetki Alberta, tylko brzuszek miał większy, i górkę pod pępkiem o wiele bardziej wydatną. Staszek cały czas usiłował odgadnąć, czy członek doktora stoi.
– Może dlatego, że chcę to w końcu komuś powiedzieć. Ty myślisz, że tylko Polacy przeklinają wojnę. Nie, nie tylko. Wojnę przeklinają również Niemcy...
Staszek miał poważne wątpliwości, czy lekarz go nie prowokuje, nie seksualnie a politycznie. Ciekawość jego monologu przerywał raz po raz strach. Byłby on jeszcze większy, gdyby nie to, że stary Lemke równie, a może bardziej nie nienawidził Hitlera.

Gdy rozmawiali, doktor siedział na łóżku Staszka w pasiastej piżamie z jakimiś czerwonymi stemplami, ani chybi z jakiegoś szpitalnego kontyngentu. Staszek, mimo strachu obserwował ciało lekarza i zauważył, że wybrzuszenie jeszcze się powiększa. Nawet na potężnego mężczyznę było duże. Zastanawiał się, do czego prowadzi ta cała rozmowa. Czy nie jest to po prostu inteligentny rodzaj podrywu? Sam czuł również, że powoli traci kontrolę nad sobą. Albert Albertem, ale jego nie ma, może już nigdy nie będzie. Po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwie dorosłą żądzę. Przystojny facet siedzi naprzeciwko niego, ma na niego ochotę, a jemu też gotuje się w podbrzuszu. Że wróg? Jaki wróg, wróg odesłałby go do szpitala. Dyskretnie, niemal niezauważalnie poprawił lichy koc tak, aby dać temu drugiemu niemy acz dobitny znak. Ani doktorowi ani jemu nie będzie zależało, by kiedykolwiek w przyszłości ujawnić to, co za chwilę może się stać. Co będzie to będzie…
– A teraz zdejmij spodnie – powiedział lekarz z kuchni.
Więc jednak pomyłka – pomyślał Staszek i już zaczął przygotowywać swój członek, kiedy z kuchni wyszedł lekarz ze strzykawką w dłoni.

Nic więcej się nie stało aż do samego obiadu. Doktor czytał, Staszek również znalazł coś dla siebie w biblioteczce lekarza. Zjedli późny obiad złożony z kartofli ze smalcem, jednego smażonego jajka podzielonego na pół i popili to wodą z miodem, który jakimś cudem znajdował się w spiżarce lekarza. Doktor już przygotowywał się i chłopca do wyjazdu, gdy na ulicy wybuchła strzelanina, która przerwami trwała ona kilka godzin.
– Nie wiem, czy cię dziś odwiozę – powiedział doktor, zza szpary zasłoniętego okna obserwując ulicę. – Zdaje się, że tam mam większą szansę na kulkę w łeb niż tu – dodał poprawiając zasłony. – Ciebie też nigdzie nie puszczę, ty masz leżeć w łóżku.
– Ale…
– Naprawdę tak ci się śpieszy pożegnać z tym światem? Ja ciebie nie chcę mieć na sumieniu – zaprotestował doktor.
– Ale pan naraża się z mojego powodu. Już raz mi pan pomógł, tam, w Hirschbergu, pan myśli, że nie wiem, ale życzliwi ludzie powiedzieli. Teraz pan robi to po raz drugi. Aber wissen Sie was? Ja nie lubię być czyimś dłużnikiem.
– Taki honorowy jesteś? – głos lekarza zdradzał lekkie rozbawienie. – To powiem inaczej. Już samo przebywanie z tobą sprawia mi przyjemność.
– No niech panu będzie.
Gdy zjedli kolację, równie lichą co inne posiłki, zgasło światło.
– Oho, ktoś chce, abyśmy poszli wcześnie spać – rzucił lekarz.
– Jak pan ma w ogóle na imię?
– Ulrich – przedstawił się lekarz – a po co ci to jest potrzebne?
– Lubię, jak wszystko jest ponazywane – odpowiedział. – O osobie, którą się zna, przynajmniej z imienia, inaczej się myśli.
– Mały filozof – uśmiechnął się doktor. – Ty mądry chłopak jesteś.
Rozmawiając Staszek obserwował doktora. Wyobraźnia rozpalała go coraz bardziej. PO raz kolejny zapaliła się czerwona lampka – Albert. Ale ile ma na niego czekać? Rok? Trzy? Pięć? I przez ten czas się męczyć? Prawdopodobieństwo, że się nie odnajdą było bardzo duże, zwłaszcza po tym, co powiedział Herr Lemke. A doktor Ulrich… Było w nim coś takiego, co uderzało w nim we właściwą strunę. Łagodna twarz, masywna, budząca zaufanie sylwetka, długo by wymieniać. Poza tym taka forma podziękowania. Ładne rozstanie, bo o tym, że już go nie zobaczy, był przekonany. Każdy dostanie to, czego chce, bo o tym, że doktor ma na niego ochotę, został już poinformowany. Tylko jak go ugryźć?
trujnik jest offline   Reply With Quote
Old 22-03-18, 10:12   #18
trujnik
Ocieracz
 
Zarejestrowany: Mar 2018
Miasto: Taunton, Somerset
Postów: 139

Płeć: Mezczyzna
16.



– Gdzie pan śpi? – zapytał, zmieniając nagle temat. Zastanawiał się nad tym od kiedy odkrył, że w mieszkaniu jest tylko jedno łóżko.
– Na tapczanie, a gdzie? – nie ma tu zbyt wielu możliwości – uśmiechnął się.
– A gdyby pan spał ze mną? Przecież nie ma sensu się tak męczyć, a poza tym będzie cieplej.
– Nie chciałbym… – zaczął doktor. – Sądzisz, że się pomieścimy?
– Jak bym się przesunął pod ścianę… Wolę być zgnieciony niż spaść na podłogę.
– Postaram się ciebie nie zgnieść – odparł doktor.
W tym momencie rozległy się strzały, tym razem bardzo blisko, a następnie brzęk szkła spadającego na ulicę.
– Piętro niżej – mimowolnie zniżył głos doktor. – Może rzeczywiście lepiej zgasić te świeczki i się położyć.
Wstał, ściągnął koszulę, podkoszulek i spodnie, po czym przeszedł po pokoju zdmuc***ąc wszystkie świece. W pewnym momencie Staszek zobaczył na ścianie cień mężczyzny z mocno uwydatnionym podbrzuszem. Chybotliwy płomień wprowadził kontur w drganie.
– Posuń się trochę – szepnął doktor. Staszek poczuł charakterystyczne zapadanie się siennika.
W tym momencie na klatce schodowej rozległ się tupot ciężkich buciorów i krzyki w języku niemieckim, jednak trudno było zrozumieć, co krzyczą. Dudnienie narastało z dużą szybkością. Gdy byli już na wysokości drzwi, Staszek przywarł do ciała doktora mi przytulił się do torsu. Doktor objął go ramieniem.
– Biegną na dach – szepnął. Istotnie, po chwili zmów rozległa się seria z karabinu, tym razem z wysoka. Po czym wszystko ucichło.
Po momencie silnego zdenerwowania Staszek wracał do poprzedniego wigoru. Teraz już nie szukał chronienia a podniety, głaszcząc brzuch.
– Chcesz? – szepnął doktor. – Przypominam ci, nic nie musisz.
– Chcę – odpowiedział. Doktor wykonał nagłe nieporadne ruchy, które sugerowały, że ściągnął spodenki. Staszek najpierw buszował, w ciepłej gęstwinie kędzierzawych włosów, a następnie, wyczuwszy palcami obniżenie, chwycił członek. I zamarł ze zdziwienia. Organ doktora może nie był przesadnie długi, ale gruby prawie na przegub Staszkowej zmizerowanej ręki.
– Coś nie tak? – zaniepokoił się doktor dziwiąc się reakcji chłopca.
– Nie, wszystko w porządku… Co za drąg – powiedział, bawiąc się żołędzią. – Bałbym się…
– Bałbyś się czego?
– No mieć to w sobie. Rozerwałby mnie…
Przypomniał sobie, że coś miał zrobić, co tylko zaczął z Albertem. Przesunął głowę tak, że spoczywała w okolicy pępka a nosem drażnił wilgotny już czubek.
– Jak odpowiednio się nawilży… Poczekaj.
Wstał i poszedł do oszklonej szafy, z której wyjął butelkę.
– Pan zapali na chwilę świeczkę – poprosił Staszek. – Chciałbym popatrzeć.
– Ty jesteś moim gościem – odpowiedział Ulrich i posłusznie zapalił świeczkę. Staszek długą chwilę kontemplował podbrzusze, zwłaszcza jądra, których rozmiary wręcz poraziły go. Jeszcze nigdy nie trzymał nic takiego w ustach, może by spróbować? Nawilżył usta po czym wchłonął obie wiszące kule; członek swym ciężarem zapychał mu nos i wbijał się w oko, śliniąc je.
– Założę się, że nie robisz tego po raz pierwszy – zaśmiał się Ulrich. – Jesteś doświadczony jak niejeden emeryt.
– Miałem chłopaka – odpowiedział. – I pewnie już nie mam – dokończył smutno.
– Pokłóciliście się?
– On był w Dreźnie – odpowiedział. – Pan wie, co tam się stało.
Ulrich nie kontynuował tematu. Jeszcze chłopak się rozklei – pomyślał wyciągając jądra z ust Staszka.
– Teraz cię przygotuję. Połóż się na brzuchu – rozkazał.
Ulrich robił to zupełnie inaczej niż Albert, który miał kanciaste, nawet toporne, szybkie, ale przyjemne ruchy. Ulrich to była dokładność, precyzja, a przy tym wolne tempo i delikatność. Staszek szalał po każdym dotyku.
– No a teraz połóż się na boku.
Staszek skwapliwie spełnił prośbę i wkrótce czuł znajomy ucisk. Ulrich ręką trzymał biodro chłopca i powoli wchodził, oswajając gorąc na czubku swego narządu.
– Przyj – szepnął mu prosto do ucha. Staszek był bliski krzyku, ale udało mu się go stłumić. W końcu smyranie gęstych, twardych włosów o pośladki oznajmiało, koniec najgorszego. Ulrich rozpoczął wolne pompowanie, którym chłopak wręcz się rozkoszował. To było coś zupełnie innego, nieznanego i pociągającego. Równie szybko nawiązał kontakt ruchowy i za moment obaj falowali na skrzypiącym łóżku, pamiętającym chyba czasy Bismarcka.
– Zlać ci się do środka? – szepnął Ulrich.
– No…
Nawet poczuł, kiedy wypełniała go gorąca, gęsta lawa. Jednak doktor z niego nie wyszedł leżeli tak jeszcze kilka minut.

– Najchętniej bym cię w ogóle stąd nie wypuścił – powiedział Ulrich, gdyby nie sytuacja, mógłbyś się leczyć jeszcze z miesiąc. Ale widzisz, co się tutaj dzieje. No daj fiuta – to mówiąc wziął dygoczący, gorący członek, zbadał go dotykiem, puścił, nasmarował rękę oliwą i zaatakował go raz jeszcze. Znów wolno, bez szarpania, a oliwa dodała ruchom płynności.
– Ale strzelasz – szepnął z uznaniem doktor, kiedy Staszkowe nasienie zrosiło oba ciała i sporą połać pościeli. Wyczerpany Staszek wtulił się w miękkie i ciepłe ciało i był szczęśliwy. Wątpliwości przyszły dopiero później.

– A może rzeczywiście zostałbyś ze mną jakiś czas? – zapytał doktor przy skromnym śniadaniu. – Jakoś się wyżywimy, pomyślę, jak cię urządzić, byś nie wpadł, ten cały bajzel już nie będzie trwał długo – kusił.
Staszek nie od razu odniósł się do tej propozycji. Była kusząca, dach nad głową, pełna micha, fajne ciało w łóżku i, co nawet ważniejsze, seks jakości wcale nie wojennej to nie są rzeczy, które się odrzuca. Ale… Gdzieś tam może czeka Albert, Lemke i jego żona, wreszcie rodzina, z którą nie wiadomo co się dzieje. A co go czeka tutaj? Poznawanie kolejnych pozycji w łóżku? A jeśli wojna się skończy to i tak, jak to mawiają, co się odwlecze to nie uciecze.
– Najwyżej dwa, trzy dni, bo jeszcze dziś nie czuję się najlepiej, o ile pan się zgodzi, oczywiście. Trzeba zająć się poszukiwaniami, może moi gospodarze mi w tym pomogą. Nie chciałbym spać w lesie, gdy skończy się wojna, a na dziś to tak niestety wygląda.
Doktor popatrzył na niego ze zrozumieniem.
– Źle mnie zrozumiałeś, chcę tylko ci pomóc.
No i samemu z tego coś mieć – dokończył za Ulricha w myślach. Już odwykł od tego, że istnieje coś takiego jak bezinteresowność. Lemke zmienił się, jak chłopiec uratował mu zdrowie a nawet życie, Frau Lemke – odkąd ją przeleciał w okolicznościach, o których chciałby zapomnieć. Jedynie Albert… On to robił z innych powodów. Ale przecież Albert umarł, nie ma go i nie wiadomo czy kiedykolwiek będzie.
– Pan nie pracuje dzisiaj? – zapytał zmieniając temat.
– Obchód w szpitalu po południu i to wszystko.
Podszedł do doktora i usiadł mu na kolanach i obejmując szyję.
– Chłopie, ale ty masz libido – śmiał się Ulrich, ochoczo odwzajemniając pieszczoty chłopca. – Nie ma jak być młodym. Mnie też tak cisnęło, jak byłem w twoim wieku.
– Zawsze pan miał takiego dużego? – zapytał Staszek, który zaczynał powoli nabierać ochoty.
– Jak miałem dwanaście lat, zaczął mi rosnąć. I to było widać w spodniach tak bardzo, że moi koledzy chcieli koniecznie zobaczyć, bo przecież wszyscy mieli patyczki. No i tak to się zaczęło… Dwóch kumpli z sąsiedztwa, w moim wieku ale silniejszych ode mnie, napadło na mnie kiedyś, ściągnęli gacie i walili aż do wytrysku. Później zorientowałem się, że mi się to podoba, nawet sam zacząłem prowokować pewne sytuacje.
– A kiedy miał pan pierwszy raz?
– A to z nauczycielem. Zostawił mnie kiedyś po lekcjach za karę, już nie pamiętam za co. Był to starszy mężczyzna, stary kawaler zresztą, wszyscy w szkole się go bali. Zamknął mnie w klasie, wymierzył dwadzieścia rózg, po czym wyszedł. Bolał mnie tyłek i zacząłem sobie walić, bo pewnie wiesz, że tak można się pozbyć bólu. Gdy nauczyciel wrócił, oczywiście przyłapał mnie i dał do wyboru, albo pięćdziesiąt rózg za nieobyczajne zachowanie albo go wyrucham. Chyba zgadniesz, jak to się skończyło. Zabrał mnie do swojego domu, a mieszkał na peryferiach miasta, i tam się to stało.
Opowiadając, doktor drażnił przez spodnie członek Staszka, który zauważył, że w taki sposób te historie odbiera się o wiele lepiej.

Po obfitym w zabawy i potoki nasienia przedpołudniu lekarz ubrał się i pojechał do pracy.
– Za dwie, góra trzy godziny będę – powiedział na odchodnym. – Jakby ktoś pukał, nikomu nie otwieraj.
– Nie jestem głupi – odpowiedział Staszek.
Znalazł sobie jakąś książkę na półce lekarza i zaczął czytać. Nie spodobała mu się, sięgnął po inną, medyczną, pełną ilustracji. Między kartkami znalazł kilka zdjęć pornograficznych, przedstawiających młodych mężczyzn podczas miłosnych figli. Ani zdjęcia ani modele nie spodobali mu się. Byli wyuzdani, pozy nienaturalne, wielkość penisów zdecydowanie przesadzona, Staszek zastanawiał się, czy ktoś może być aż tak uzbrojony, sam jeszcze czegoś takiego nie widział. Wcale go nie podniecały, ale może ten doktorek ma jeszcze coś podobnego? Przekartkował kilka książek na półce i znalazł więcej, najczęściej równie nieciekawych, jak to, które widział jako pierwsze. Zauważył, że zdjęcia były schowane wyłącznie w książkach medycznych, czyli – myślał – tych, które w razie jakiejś rewizji czy czegoś podobnego będą najmniej podejrzane. Gdy otwierał kolejną pozycję, usłyszał stukot butów na drewnianych schodach. Odłożył książkę na półkę i wsłuchiwał się bacznie. Idący zbliżał się, w pewnym momencie tupot ustał i rozległo się pukanie do drzwi, twarde, nieprzyjemne. Co robić? Staszek szybko zlustrował pokój, wcześniej nie przygotował sobie żadnego odwodu na podobną okoliczność. Najciszej jak mógł wśliznął się pod łóżko i podciągnął prześcieradło,, żeby w razie wtargnięcia nie było nic widać. Po chwili ten, który stał za drzwiami zaczął coś mówić, a raczej krzyczeć, a na potrzeby Staszka trwało to zdecydowanie zbyt długo. W końcu głos dał sobie spokój, a po chwili znów zadźwięczały, kroki, tym razem oddalające się. Opanowując dygotanie wszystkich kończyn Staszek wypełzł spod łóżka i ustawił się przy framudze okna, bokiem, tak, by nie zostać zauważony. Wkrótce trzech mężczyzn w czarnych mundurach wyszło z bramy. Popatrzyli w kierunku okna i Staszek prawie wywrócił się robiąc unik. Ponownie wyjrzał za okno, jak czarne BMW miejscowego gestapo znikało za zakrętem.
trujnik jest offline   Reply With Quote
Odpowiedz
Wróć   FORUM EROTYCZNE - BEZTABU > BEZ TABU > Opowiadania erotyczne > Opowiadania Autorskie

Tags
gay

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is On
UśmieszkiOn
[IMG] kod jest On
HTML kod jest Off

Skocz do forum

--


Powered by vBulletin®
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 21:31.
   Archiwum