PDA

View Full Version : Październikowa niespodzianka


ravenheart
04-06-09, 03:29
Ewa szybko zrzuciła ubranie i weszła do kabiny.
- Prysznic – ten, kto go wymyślił, zasługuje na Nagrodę Nobla – pomyślała

Strumień gorącej wody uderzył w jej ciało z siłą gwałtownością latynoskiego kochanka. Miliony kropel pieściły zmęczoną skórę, sięgając błogosławionym masażem głęboko, aż do napiętych całodniowym wysiłkiem mięśni. Pozwoliła, aby udzieliła się jej gorąca temperatura wody. Jej bujna wyobraźnia natychmiast podsunęła jej obraz Pawła.

Paweł... Spotkała go niedawno, pół roku temu. Pracował w firmie, z którą jej kancelaria podpisywała umowę. Elegancki, wykształcony, z nienagannymi manierami. A przy tym zabójczo przystojny. Wysoki, ciemny brunet, z granatowym odcieniem śladu po goleniu, który zawsze tak na nią działał. Żaden tam metroseksualny yuppie, ani tym bardziej prostacki biurowy macho. No i te oczy. Ciemne, pełne wirujących, tajemnych ogników. Wszystko zaczęło się od niewinnej, wspólnej kawy w kawiarni. Zaimponował jej. Poprowadził umiejętnie całe spotkanie, ze smakiem balansując pomiędzy subtelną randką a interesującą rozmową. A potem umówili się ponownie. I jeszcze raz. Cholernie podobało się jej, że Paweł okazał się należeć do wymierającego gatunku mężczyzn, którzy potrafią uwodzić kobiety. W starym dobrym stylu. Trudno było zaprzeczyć, że zapomnianą sztukę flirtu Paweł opanował do perfekcji. Była szalenie ciekawa, czy równie dobry okaże się w łóżku. Nie zawiodła się. Był naprawdę świetny.

Ewa była namiętną, samodzielną kobietą. Seks był dla niej naturalnym uzupełnieniem życia – jego drugą, pełnoprawną stroną. Uwielbiała eksperymentować i nie bała się tego. Wydawało jej się, że wie wszystko na ten temat, ale szybko okazało się, że to on mógł ją wiele nauczyć. Otworzył jej oczy choćby fascynujący świat seksu w oryginalnych miejscach. Do tej pory robiła to głównie w domu – on wprowadził ją w dziwny, odrobinę mroczny świat swoich pragnień. Winda, do której każdy mógł wejść; zaplecze sklepu, w którym słyszała krzątających się ludzi; dach warszawskiego wieżowca; opuszczone działki, po których kręcili się jacyś menele ...

Jednostajny, kojący szum gorącej wody sprawił, że myśli Ewy pomknęły ku ich dzisiejszej sesji. Paweł zaprosił ją na spotkanie służbowe i przedstawił jako swoją asystentkę. Była obecna podczas jego rozmów z komendantem straży pożarnej. Potem zostawił swojego podwładnego z oficerem, a sam udał się z Ewą na zwiedzanie posterunku – pod pozorem oceny technicznej budynku. Wiedziała, że podczas rozmów myśli wyłącznie o niej – specjalnie dla niego ubrała się w efektowny żakiet, który jednak doskonale podkreślał jej kształty. Gdy tylko znaleźli się w garażu rzucił się na nią, całując namiętnie i pchając w stronę wielkiego, czerwonego samochodu strażackiego. Wziął ją na nim, wśród tych obłędnych czerwieni, błyszczących chromów i zapachu naoliwionej stali. Szybki, ostry numerek. I to szalone uczucie, że za chwilę zostaną odkryci...

Palce Ewy zaczęły błądzić po jej rozgrzanym ciele. Stojąc w kłębach wirującej pary kreśliła na sobie linie, które jeszcze kilka godzin temu pozostawiły jego dłonie. Czuła, że w jej brzuchu budzi się do lotu stado kolorowych motyli. Jej palce zatoczyły delikatne kręgi podkreślając kształty zgrabnych piersi. Tak by chciała, żeby Paweł tu był w tej chwili, razem z nią... Żeby pomógł jej pieścić swoje ciało. Żeby mogła zanurzyć się w tych męskich, silnych objęciach... Westchnęła. Nie mogła pozwolić sobie na drobną przyjemność pod prysznicem, bo bała się, że przeoczy telefon od Pawła. Zamknęła kurki i kapiąc wodą na podłogę wyszła z kabiny. Szybko przesuszyła włosy i włożyła na siebie szorstki, męski szlafrok. Jego szlafrok. Wciągnęła resztki jego zapachu. Gdyby Paweł teraz tu był, rzuciłaby go na łóżko i ujeżdżała, jak dzikiego mustanga. Po jej ciele przeszedł słodki dreszcz, ale zdusiła natrętnie pojawiającą się wizję i wyszła z łazienki. Skoro nie ma kochanka, musi zadowolić się winem.

Telefon zadzwonił koło szóstej. Dopiero o szóstej! Cholera, czekała przecież na niego cały dzień.
- Cześć kochanie – usłyszała tak wyczekiwane słowa
Uwielbiała ten głos. Niski, zmysłowy, męsko wibrujący i wręcz ociekający seksualnością. Rozsiadła się w fotelu i nalała sobie kieliszek wina.
- Nareszcie, ty paskudny łobuzie! Przecież ja tu na ciebie czekam, odchodzę od zmysłów. Po naszym ostatnim razie... jeszcze mi nogi drżą...
Zaśmiał się cicho.
- Podobno kobiety lubią przedłużać sobie oczekiwanie?
- Perfidny drań z ciebie, seksisto! – fuknęła na niego
- No dobrze. Słuchaj, Ewuniu, nie mogę za długo dziś gadać, bo zaraz wyjeżdżam do klienta. I tak jestem spóźniony. Ale powiem ci, że mam nowy pomysł... Chciałabyś popróbować czegoś nowego? Takiego naprawdę crazy?
- Jesteś niewyżytym łajdakiem i za to cię właśnie kocham. Pewnie, że chcę.
- No dobra, to zrobimy tym razem trochę tajemniczego nastroju. Przyślę jutro po ciebie, bądź gotowa na trzecią. Zdążysz?
- Cholera, nie wyrobię. Rano będę w firmie, a potem muszę jeszcze skoczyć do matki pomóc jej na grobach. Najwcześniej o szóstej.
- Hm.... to trochę gorzej, bo będzie już ciemno i może być zimno...
- Mrrrrau... outdoor szykujemy?
- Zobaczysz... A co, trochę za zimno?
- Dla mnie nie ma problemu, jeśli tylko nie każesz mi się rozebrać do naga. A jeśli nawet... może być fajnie... Wiesz, jak mi będą stały sutki? Mrrrr... podoba mi się. Czekaj, może zgadnę. Chcesz mnie zabrać na jakiś taras widokowy i tam wsadzisz mi tego swojego wielkiego kutasa w nagą, bezbronną cipeczkę? Będziesz musiał się postarać, bo ja będę bardzo marzła. Zaziębię się, jeśli nie będziesz mnie mocno posuwał...
- Nie mów mi tak, bo ja tu sam jestem i nie wolno mi się za bardzo podniecać! Zwłaszcza przed wizytą u klienta.
- Mrrrr.... Pobawimy się w sekstelefon?
- Cholera, chciałbym, ale nie mam czasu.
- Uuuu, szkoda, lubię sobie z tobą świntuszyć, zwłaszcza kiedy jesteś w pracy...
- Kochanie, nie tym razem, proszę. I tak jestem już spóźniony.
- Szkoda. No, ale co się odwlecze, to nie uciecze...
- Mam nadzieję. Dobra, to robimy tak – umawiamy się na szóstą po południu. Może to nawet i lepiej. Bądź gotowa. Wysłałem ci maila – zajrzyj sobie do szczegółów planu. I jeszcze jedno: do jutrzejszego spotkania nie będę się z tobą kontaktował. Zobaczysz mnie dopiero na miejscu.
- Żartujesz chyba! Oszaleję...
- Nie, to część planu. Do jutra kochanie. Pa!
- Paweł...!
Połączenie zostało przerwane. Zaklęła ciężko i rzuciła telefon w kąt. Jak mógł ją tak traktować? Chociaż z drugiej strony... może to faktycznie doda pieprzu jutrzejszemu spotkaniu? Westchnęła i podeszła do komputera. Szybko wyszukała nową wiadomość.

Zostaniesz zawieziona na miejsce. Kiedy wysiądziesz, przejdziesz aleją około 500 metrów. Skręć w prawo koło największego kamienia, jaki znajdziesz. Ścieżką pod górę pójdziesz aż do samotnego drzewa. Potem w lewo i idź prosto, dopóki będziesz mogła. Potem zamknij oczy i czekaj na mnie. Pragnę cię jak cholera. KOCHAM CIĘ.

Najpierw pomyślała, że to jakieś dziwaczne podchody. Cholera, to ma być randka, czy jesienne gonitwy po mieście?! Potem jednak zaczęła wyobrażać sobie scenerię ich następnej schadzki. Gdzie to mogło być? Jak się spotkają? Jak się będą kochać? Gdzie? Poczuła dreszcz nieznanego podniecenia. Rozsiadła się na krześle i pozwoliła, aby poły jej szlafroka rozsunęły się, ukazując jej długie, zgrabne nogi. Rozsunęła uda i powiodła nóżką kieliszka po ich wewnętrznej stronie. Iskierki podniecenia przebiegły po jej kręgosłupie, gdy zimne szkło przesuwało się po jej rozgrzanym kąpielą ciele. Odchyliła głowę do tyłu i wyobraziła się sobie delikatne muśnięcia rąk kochanka na swoich nabrzmiałych oczekiwaniem piersiach. Potem powiodła rękę niżej. Stłumiony jęk wyrwał się z jej ust, gdy kieliszek dotknął wrażliwej, wygolonej skóry jej kobiecości...



Następny dzień upłynął błyskawicznie i tylko dzięki temu nie Ewa nie oszalała z niecierpliwości. Wreszcie, tuż przed godziną piątą, wylądowała we własnym mieszkaniu. Wzięła prysznic i, cała parująca, wyszła nago z łazienki. Chłodne powietrze przyjemnie szczypało jej rozgrzaną skórę. Podeszła do okna i nie przejmując się, że ktoś może ją zobaczyć, wyjrzała na zewnątrz. Ciemne korony drzew pochylały się pod łagodną ręką wiatru. Listopadowy chłód nie był dojmujący, ale drobna mżawka nie nastrajała optymistycznie. Mimo to gdzieś w środku czuła przyjemny dreszcz niepewności... i rosnącego podniecenia. Czuła się tak jak wtedy, gdy pierwszy raz Paweł zawiązał jej oczy i poprowadził gdzieś, gdzie kochali się namiętnie po raz pierwszy. Nie pozwolił jej zdjąć przepaski. Nigdy nie dowiedziała się, gdzie to było. Wiedziała tylko, że był to jakiś opuszczony dom, a na podłodze leżał pachnący słomą materac. Czasem miała przelotną nadzieję, że robili to na oczach wielu ludzi...

Wróciła do kuchni i nalała sobie mocnego drinka. Jak szaleć to szaleć. Szybko poczuła jak ognisty płyn rozlewa przyjemne ciepło po jej ciele. Kusiło ją, żeby jeszcze przed wyjściem zrobić sobie krótką wprawkę... jej ulubiony wibrator leżał na samym wierzchu – wystarczyło tylko po niego sięgnąć. Po krótkiej walce wewnętrznej uznała jednak, że lepiej będzie zachować całą energię na spotkanie. Pozostało tylko wybrać kreację na dzisiejsze spotkanie. Ewa uśmiechnęła się do siebie. Już wiedziała. Znalazła w szafie ciepły, długi płaszcz. Będzie odpowiedni. Ochroni jej nagie – zupełnie nagie ciało. Wyobraziła sobie minę Pawła, gdy odkryje, że wystarczy rozpiąć jej wierzchnie okrycie, żeby dobrać się do słodkiej nagrody. Lubieżny dreszcz przebiegł jej po plecach. A może jeszcze coś? Tak – samonośne pończochy! Uwielbiała ich dotyk na skórze – i ten szczególny błysk w oczach Pawła, gdy prezentowała się ubrana tylko w ich delikatną mgiełkę. To było coś, co *ona* mu pokazała. I natychmiast przekonała się, jak silnie działa to na jej mężczyznę.

Dochodziła szósta, gdy była już gotowa. Jeszcze tylko jeden, ostatni drink na rozgrzewkę przed zderzeniem z październikową pogodą i rzut oka na lustro. Musiała przyznać, że wygląda bosko. Długie nogi w pończochach zwieńczonych rozkoszną koronką. Szczupła, elegancka figura. Aksamitnie gładka, opalona skóra. Krągłe, choć nie za duże piersi, zakończone różowymi koronkami sutków. Per-fec-to! Zadrżała, gdy przyjemnie chłodna wyściółka płaszcza zetknęła się z jej ciałem. Już czuła, że w jej środku wzbiera mroczne, wibrujące pożądanie. Pogładziła ręką świeżo wygolony wzgórek, z największym wysiłkiem powstrzymując swoje palce przed zanurzeniem się w słodką wilgoć. Przełknęła ślinę i ruszyła na spotkanie Nieznanego.

Wyszła przed dom. Mżyło. Zimne, nieprzyjazne światło lamp z trudem przeciskało się przez wilgotną zawiesinę mgły. Wzdrygnęła się. Jesień. Poczuła chłód, wciskający się w szczeliny jej okrycia i boleśnie szczypiący jej skórę. Przez chwilę wahała się, czy nie wrócić do domu i czy nie uzupełnić garderoby, ale w nagłym przebłysku odwagi zdecydowała się nie tracić czasu. Rozejrzała się. Pora była późna i nie dostrzegła nawet jednego, spóźnionego przechodnia. Za to opodal, po drugiej stronie ulicy czekała samotna taksówka. W odrapanym, kanciastym kształcie rozpoznała poloneza. No tak, prywaciarz i samotnik – zapewne jeden z ostatnich. Żadna korporacja nie przyjęłaby takiego grata. Jedynym znakiem przewoźnika był ciemny, jakby przygaszony, smętny znak TAXI, pamiętający chyba czasy PRL.

Kierowca najwyraźniej czekał na nią od dłuższego czasu, bo nasunął głęboko czapkę na oczy i wydawał się drzemać. Szczelnie okrywając się płaszczem, podeszła do samochodu i zapukała w okienko. Siedzący w środku mężczyzna poruszył się i otworzył drzwi.
- Dobry wieczór – powiedziała niepewnie, nie mając pewności, czy czeka właśnie na nią.
Spojrzał na nią, jakby usiłował ją rozpoznać.
- Pani...? – zawiesił głos
- Ewa. Kolega zamówił dla mnie taksówkę. I podobno przekazał panu adres.
Spojrzał na nią dziwnie.
- Tak, tak. Proszę siadać.
Usiadła tylnym siedzeniu. Taksówka nie była nowa i z całą pewnością nie zapewniała komfortu. Zdezelowany polonez, zapewne jeden z ostatnich jeżdżących po mieście. Westchnęła – nie było co liczyć na przyjemne ciepło podczas drogi. Kiedy była mała, podobny samochód miał jej ojciec. Do dziś pamiętała, że w jakiś przedziwny sposób samochód potrafił wychłodzić jej stopy, gdy jednocześnie pracująca dziko nagrzewnica sprawiała, że od pasa w górę pasażerowie siedzieli w ciepłym zaduchu.
- Oby to nie była daleka podróż – pomyślała Ewa.

Ruszyli. Przymknęła oczy, zastanawiając się, dokąd jadą. Gdzieś w środku, czuła narastające, przyjemne uczucie. Uzmysłowiła sobie nagle, że oto jedzie w nieznane z obcym, zupełnie nieznanym jej mężczyzną. Gdyby tylko wiedział, że pod ciepłym płaszczem, jego pasażerka jest zupełnie naga... A może powinna nachylić się do niego pod byle pretekstem, pozwalając, żeby poły płaszcza rozsunęły się, niby to przypadkiem...? A może obserwuje ją teraz we wstecznym lusterku? Bawiła się tą myślą, powoli rozchylając nogi. Przeciągnęła po nich palcem, niby to poprawiając niedostrzegalną zmarszczkę na pończoszce, ale jednocześnie zmysłowo podkreślając elegancką linię swojego uda. Prowadziła dłoń wyżej, coraz wyżej – choć nie na tyle, aby pokazać, że jest naga. Wystarczyło jednak, żeby pozwolić wyobraźni podsunąć właśnie taką, kuszącą możliwość. Niech sobie myśli, że Ewa ma na sobie krótką... bardzo krótką spódniczkę. Niech się zastanawia, jak wysoko sięga, ukryta w delikatnej samonośnej pończosze, biel jej długich, zgrabnych nóg. Może właśnie teraz ten obcy facet nie może oderwać od niej wzroku, może usiłuje zrobić coś z rosnącym penisem, z obscenicznie podnoszącym się namiotem spodni. Może gdy tylko Ewa opuści jego taksówkę, sięgnie ręką między nogi, by jakoś rozładować nagromadzone napięcie... Ciekawe, czy wróci do domu i do żony z wielką, mokrą plamą na spodniach.

Nagle poczuła, że samochód zwalnia i zatrzymuje się. Otworzyła oczy i wróciła do realnego świata.
- To koniec – rzucił taksówkarz dziwnym, głuchym głosem
Ewa wzdrygnęła się
- Słucham? – spytała, odrobinę nieswojo
- No, mówię przeca. Koniec. Dojechalimy.
Wyjrzała za okno i jednym rzutem oka rozpoznała miejsce, do którego została przywieziona. Stary, zamknięty cmentarz. Paweł – pomyślała z przerażaniem – Coś ty wykombinował?
- Dziękuję – powiedziała – Kolega uregulował już za kurs?
– Ktoś tu na panią czeka? - powiedział taksówkarz, jakby nie słysząc jej pytania
- Dlaczego pan pyta? – powiedziała, zdjęta nagłym lękiem. Ten dziwny taksówkarz, prywaciarz nie należący do żadnej korporacji... Odosobnione miejsce... Cholera, o co tu chodziło?
- No wie pani, sama, na takim odludziu... Ja tam nie chcę nic mówić, ale pani ma takie piękne nogi... i figurka też taka, że oko się samo chwyta... szkoda kusić los..
- Widział wszystko – pomyślała – Łajdak, podglądał mnie w lusterku
- Proszę się nie martwić – powiedziała lodowatym tonem – Kolega, który zamówił kurs umówił się tu ze mną
- Skoro tak... – wzruszył ramionami – W każdym razie, ja dowiozłem, gdzie trza. Kolega już płacił.
Uśmiechnęła się. Wszystko było w porządku. Skinęła na pożegnanie i wysiadła. Chłodny powiew przewinął się między jej nogami. Zadrżała. Otaczała ją nieprzyjemna, wszechobecna mgła, ścieląca się nisko przy ziemi, osiadająca zimnymi kroplami na skórze.
- Cholera, Ewka, jesteś naprawdę zdrowo pieprznięta – powiedziała, żeby dodać sobie odwagi – Umawiać się na seksrandkę w takim miejscu...

ravenheart
04-06-09, 03:29
Dawny cmentarz miejski znajdował się w starszej, podupadłej części miasta. Nekropolia zajmowała duży, pofałdowany wzniesieniami teren, graniczący z gęstym lasem. Liczne drzewa znajdowały się nawet w obrębie cmentarza, co z jednej strony nadawało mu – przynajmniej w dzień – urokliwy charakter, ale z drugiej strony było powodem nieustannych kłopotów z opadającymi i gnijącymi liśćmi. W dodatku niewygodny teren zmuszał gęstego upakowywania grobów, co sprawiało, że poruszanie się po cmentarzu było znacznie utrudnione.
Podeszła do bramy. Była to masywna konstrukcja z ciężkich, kutych, żelaznych prętów. Ewa położyła rękę na zimnej klamce i pchnęła z wysiłkiem. Podwoje uchyliły się z nieprzyjemnym zgrzytem.
- Mogliby je choć naoliwić przed świętami – pomyślała
Czuła się nieswojo. Stary cmentarz, skryty w wilgotnych oparach nie był przytulnym miejscem. Wydawał się wręcz ponury i milcząco groźny. Nawet niewielkie ogniki nielicznych zapalonych zniczy nie budziły zaufania. Drżały i migotały, jakby czuły, że ich ciepło nie jest właściwe w tym mokrym, zimnym i smutnym miejscu.
– Dobrze, że chociaż są tu latarnie, bo byłoby jak w tanim horrorze – usiłowała zachichotać dla dodania sobie odwagi, ale jej głos zabrzmiał dziwnie piskliwie.

Ruszyła powoli wzdłuż głównej alei. Droga była kręta, wilgotna i Ewa kilka razy zachwiała się na nogach, cudem tylko ratując się od upadku. Kilka razy pomyślała nawet, żeby sięgnąć po komórkę i odwołać spotkanie – ale z drugiej strony, gdzieś w środku w ciemnych zakamarkach jej duszy rosło pragnienie, aby doprowadzić randkę do finału. Wiedziała, że było to dziwaczne, perwersyjne, chore – ale nie chciała się wycofać. Idąc usiłowała wyobrazić sobie seks w tych warunkach.

Oczami wyobraźni ujrzała Pawła, podchodzącego do niej, wśród mokrych, kamiennych płyt; wyłaniającego się spośród koślawych, pseudogotyckich pomników. Wówczas spojrzy w te jego magiczne, ciemne oczy i rozepnie płaszcz, w śmiałej, ekshibicjonistycznej pozie ukazując mu piękno swego oczekiwania – i pożądania. Ukaże mu się naga, poddana jego woli, przygotowana na jego przyjęcie. Wiedziała, że podniecają go jej pończochy, pozwoli mu więc je zobaczyć, a potem lubieżnie obróci się i wulgarnie podciągnie płaszcz, prowokująco wypinając w jego kierunku zgrabny tyłeczek. Wiedziała, że nie oprze się takiemu zaproszeniu. Będzie musiał wejść w nią, schronić swojego pięknego ptaka w jej ciepłym, bezpiecznym wnętrzu. Tam gdzie lubiła, tam gdzie było jego miejsce. Paweł pchnie ją do przodu, zmusi by oparła się o płytę nagrobka. Uwolnione piersi poddadzą się swemu ciężarowi, kształtne, różowe sutki zetkną się z zimnym kamieniem... Kolejny seks w niecodziennym miejscu, kolejne tabu...

Dzika wyobraźnia podsuwała jej coraz śmielsze obrazy, a ona poczuła, że jej ciało nie czuje już jesiennego chłodu. Wypełniło ją ciepłe uczucie kobiecej namiętności. Przyspieszyła kroku. Już za chwilę. Już niedługo. W mglistym półmroku dostrzegła kamienny monument poświęcony jakimś dawno nieistotnym wydarzeniom. Zgodnie z wolą Pawła skręciła i dała się prowadzić ciemnej ścieżce wśród mokrych, obojętnych drzew. Po kilku minutach dotarła w oznaczone miejsce i zatrzymała się, zdezorientowana. Rozejrzała się wokoło, ale nikogo nie było.
- Paweł? – rzuciła półgłosem w otaczającą ciemność
Odpowiedziała jej cisza. Przełknęła ślinę. Wsłuchała się w ciemność. Nic. Nie spodobało jej się to. Seks w dziwnych miejscach – proszę bardzo, kręciło ją to, ale robienie z seksu survival horroru nie było fajne. Dobrze chociaż, że mimo jesiennej mgły słyszała gdzieś daleko miarowy, jednostajny szum miasta. Trochę ją to uspokoiło.
- Cholera, może zabłądziłam – pomyślała
Ponownie zlustrowała okolicę. Zamazane kształty pomników majaczące we mgle wydawały się wszystkie takie same. Może trzeba było skręcić wcześniej? Tak, to na pewno było tam! Cofnęła się przeszła z powrotem kilkanaście kroków. Wątpliwości, zamiast rozwiać się, tylko wzrosły. Westchnęła i sięgnęła do kieszeni po komórkę.

Dziwny, zimny podmuch uniósł brunatne liście i zakręcił nimi szalonego młyńca. Ewa poczuła nagle na plecach nieprzyjemny dreszcz. Przeniknęła ja myśl, że może nie wszystko jest tak, jak powinno być.
- Paweł...? – powtórzyła półgłosem – To ty, prawda?
Znowu cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu odgłosami dalekiego miasta. Gdzieś daleko zawył samotny pies.
- Paweł...? – wyszeptała cicho. Ściśnięte nagłym strachem gardło nie pozwoliło jej wydać głośniejszego dźwięku. Nagle uzmysłowiła sobie, że jest zupełnie sama, na starym, odludnym cmentarzu. Że nikt nie wie o jej eskapadzie. Że jest prowokująco umalowana, a pod eleganckim, ciepłym płaszczem nie ma na sobie niczego.

Drążącą ręką wyjęła komórkę. Otworzyła klapkę i zamarła. Błękitny ekran wyświetlał złowieszczy napis: NO SIMCARD. Cholera, nigdy coś takiego się nie zdarzało... Gorączkowo zaczęła szamotać się z pokrywą aparatu, aby tylko sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
- Nie bądź głupia, nie panikuj – mruczała – Po prostu coś nie kontaktuje... Wszystko przez tę cholerną mgłę. Może coś zawilgło... Wystarczy przeczyścić styki i wszystko będzie dobrze...

Pokrywa aparatu jakoś nie chciała dać się otworzyć. Ewa, wściekła na siebie i na uszkodzony sprzęt była o krok od ciśnięcia aparatu o ziemię, gdy nagle rozległ się suchy trzask, jakby ktoś nieostrożnie nastąpił na spróchniałą gałąź. W jednej chwili uniosła wzrok i zamarła, zdumiona.

Mgła, która do tej pory leniwie unosiła się tuż przy ziemi nagle zgęstniała i skłębiła się, otulając ją wilgotnym całunem. Jej siwe, postrzępione języki wyłaniały się spomiędzy drzew, wpychały wszędobylskie odnóża pomiędzy groby. Chłodna, mokra zawiesina zaległa nad okolicą tak, że widoczność zmalała do kilkunastu kroków. Uświadomiła sobie także ze zgrozą, że otacza ją głucha cisza. Nie słyszała już odgłosów miasta, jakby biała wata odcięła ją od rzeczywistości. Wszystko nagle się zmieniło. Majaczące w ciemności kształty pomników wydały jej się groźnymi postaciami z innego świata. Na domiar złego, podmuch zimnego wiatru przywiał jakiś dziwny, mdlący zapach. Jakby gdzieś obok znajdowało się gnijące mięso, albo rozkładające się skóry. Podobny fetor czuła tylko raz, gdy w związku z jakąś umową odwiedziła farmę nutrii.
Nagle, jakiś dziwny, zwierzęcy strach chwycił ją za gardło. Porażające, pierwotne przerażenie mówiło jej: uciekaj, natychmiast uciekaj, ale jej nogi jakby wrosły w ziemię. Bała się oddychać. I wtedy poczuła na plecach czyjeś spojrzenie. Wrażenie było tak silne, że po prostu wiedziała, że ktoś – lub coś – jest w tej nieprzyjemnej, wilgotnej ciemności. Powoli, obróciła głowę w kierunku, z którego doleciał ją tajemniczy głos. I zamarła ze zgrozy.

Nieopodal, w mroku majaczył obcy kształt. Nie potrafiła go rozpoznać, bo falująca mgła skutecznie rozmywała jego kontury. Ale było tam coś – coś żywego. Ciemny kształt przypominał skradającego się psa, ale był znacznie większy – jak skulony, przyczajony człowiek. Komórka wypadła jej z dłoni, głucho uderzając w ścieżkę. Kształt drgnął i Ewie wydało się, że obraca w jej kierunku głowę. I wówczas usłyszała ten dźwięk. Przeciągły, wyraźny szmer, jakby wielka, potworna bestia usiłowała złapać wiatr.

Wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się do ucieczki, z rozpaczliwą determinacją chwytając za komórkę. Biegła na oślep, potykając się i przewracając co chwila. Nie wiedziała, czy kieruje się w stronę wyjścia z cmentarza, straciła poczucie kierunku. Słyszała, że krzyczy, głośno wzywając pomocy, ale mgła tłumiła jej głos. Wszystko wokół zlało się w upiorną karykaturę cmentarza. Biegła, ale nie poznawała okolicy. Posępne pomniki stały się koszmarnymi, wynaturzonymi gotyckimi gargulcami; stojące na grobach kwiaty były jak wyciągnięte w górę, chciwe, kościste dłonie. Wiedziała, była przekonana, że tajemniczy cień ściga ją, że tuż za nią znajduje się jakiś przerażający pies Baskervillów z czerwonymi, płonącymi oczami. I wtedy właśnie potknęła się o wystający z ziemi korzeń.

Noga uwięzła jej w przeszkodzie, a siła rozpędu rzuciła ją w przód. Bezwładne ciało Ewy zatoczyło w powietrzu łuk i całym ciężarem runęło na ziemię. Kobieta rozpaczliwie usiłowała uchronić się przed upadkiem. Gdzieś z mgły wyłoniła się kanciasta płyta i z przerażającą szybkością ruszyła na spotkanie jej głowy. Oślepiająca jasność rozbłysła przed jej oczami, a po niej z prędkością najeżdżającej lokomotywy nadciągnęła ból. Usłyszała jednak głos. Znajomy głos. Paweł! Uchwyciła się tej nagłej i niespodziewanej nadziei, skupiła się na niej, jak tonący, który rozpaczliwie chwyta się wyciągniętej ręki. Był przy niej! Była bezpieczna! Oparła się dłońmi o ziemię i podniosła na czworaki.

I wtedy poczuła go przy sobie, jego znajome dłonie, silne, męskie ramiona objęły ją od tyłu. Otoczył ją zapach jego ciała, który przebijał się przez mdlącą woń cmentarnych, gnijących liści. Poznała wodę toaletową, którą tak lubiła...
- Paweł – jęknęła, usiłując wstać – Tak bardzo się bałam...
- Już dobrze, maleńka – szeptał jej do ucha – Już dobrze... Jestem przy tobie...
- Pomóż mi wstać – poprosiła – Upadając chyba uderzyłam o coś głową. I ręka mnie boli...
- Pomogę, ale najpierw... – zamruczał, przesuwając rękami po jej ciele
- Nie, daj spokój – jęknęła – Nie po tym wszystkim....
Nie słuchał jej. Poczuła na swoim ciele jego silne dłonie.
- Paweł, nie... Co ty robisz? Zwariowałeś? Przestań! – poprosiła. Cała ta dziwaczna gonitwa, ten cmentarz, upadek... Chciała tylko, żeby zabrał ją w jakieś bezpieczne miejsce, żeby przytulił się i powiedział, że ją kocha.
On jednak chyba nie zamierzał zrezygnować.
- Pragnę cię... – szeptał jej do ucha, przyciskając do ziemi całym swoim ciężarem – Muszę cię mieć...
- Paweł, daj spokój, zróbmy to w domu... – poprosiła, ale już słabiej. W głowie wirowało jej, czuła się oszołomiona i zdezorientowana.
Nie zwracał uwagi na jej protesty. Zadarł jej płaszcz do góry i krzyknął z triumfem, gdy jego spragnionym oczom ukazało się jej ciało. Zimno zaatakowało jej skórę. Zaprotestowała cichym okrzykiem, ale na niewiele to się zdało. Objął ją mocno, przycisnął do siebie tak, że nie mogła się ruszać.
- Zerżnę cię tu, Ewuniu. Zerżnę jak nigdy wcześniej, wiesz? Czujesz mojego ***** na sobie? Czujesz, jaki jest twardy?
Chciała krzyknąć, że ją boli, żeby przestał, ale ledwo zdążyła otworzyć usta, poczuła jego lodowatą dłoń na ustach.
- Nie wyrywaj się, kochanie – powiedział – Bo zrobię tak, że będzie bolało...
Zamarła w przerażeniu. Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Nigdy nie był tak szorstki, tak brutalny. Poczuła jak znajomy kształt ociera się o jej uda, a potem wniknął w nią jednym, mocnym ruchem. Zduszony krzyk wyrwał się z jej ust, mimo zakrywającej ją dłoni. Ścisnął ją mocniej.
- Podoba ci się, dziwko? Podoba ci się takie rżnięcie? Myślałaś że będę zawsze taki miły i szarmancki? Że nie pokażę ci, gdzie jest twoje miejsce.
Poruszał się w niej rytmicznie, krótkimi, pewnymi pchnięciami.
- To gwałt... On mnie po prostu gwałci – Ewie przemknęła absurdalna, jakby nie swoja myśl
- Tak, kochanie – odpowiedział jej, nie przestając pastwić się nad jej zbolałą cipeczką – Biorę sobie ciebie bo tak chcę. Bo wiem, że tak lubisz. Jesteś tylko małą, niewyżytą dziwką, którą trzeba dobrze przerżnąć, żeby jej było dobrze. Wiem o tobie więcej niż ty sama... Myślisz, że nie wiem o czym fantazjujesz? Że pieprzysz się z obcym facetem. Że na oczach wszystkich dajesz mu dupy...
I nagle, w momencie największego poniżenia, Ewa zdała sobie sprawę, że Paweł ma rację. Jej ciało zaczęło reagować na tę sytuację. I nagle poczuła, że chce mu się poddać. Że chce, żeby jej dosiadł. Właśnie tu, wśród zimnych, grobowych płyt. Paweł jakimś tajemnym przeczuciem wyczuł zachodzącą w niej zmianę. Zwolnił swój uchwyt. Opanowała ją nagła fala mrocznego pożądania, którego nigdy wcześniej nie czuła. Pochyliła się do przodu, wypinając się na spotkanie, ofiarowując Pawłowi najskrytsze tajemnice swego wnętrza. Skryła twarz wśród opadłych, gnijących liści. Nagle ich zapach stał się dla niej podniecający. Zacisnęła na nich dłonie.
- Bierz mnie, draniu – wyszeptała.
Zrobił to. Dwukrotnie, raz za razem, jakby chciał posiąść ją na zapas, nasycić się żarem jej ciała w tą zimną, cmentarną noc. A potem wstał i delikatnie klepnął ją w pośladek – tak, jak to tylko on potrafił. Leżała na brzuchu, cała pokryta ziemią i brudem, ciężko dysząc i usiłując złapać oddech. Nigdy nie przeżyła czegoś takiego.
Usłyszała, że zapina spodnie, ale nie miała siły się podnieść. Cholera, uwielbiał tak znikać po angielsku, choć nie znosiła tego. Podły samiec. Chciała, aby po takim dzikim, odjechanym seksie chociaż na chwilę ją przytulił, powiedział coś miłego, kojącego i bezpiecznego. Westchnęła ciężko. Wiedziała, że wróci do domu sama. To miało należeć do tej gry. Zdobyła się tylko na wyszeptanie cichego pytania:
- Paweł, kiedy się teraz zobaczymy?
- Mam nadzieję, że niedługo, kochanie. Każda sekunda bez ciebie będzie wiecznością. Kocham cię. Nigdy cię nie opuszczę - usłyszała oddalające się kroki.
- Ja ciebie też, draniu - mruknęła
Jęknęła i wstała, choć znowu poczuła ostrą igłę bólu przeszywającego jej głowę – zapewne skutek upadku. Wolała nie myśleć o tym, jak wygląda. Pończochy w strzępach, rozmazany makijaż, poobijana twarz, ręce pokryte śliskim, cmentarnym błotem – lepiej, żeby nikt jej teraz nie widział. Sięgnęła po komórkę. O dziwo, tym razem telefon zadziałał bez zarzutu.
- Halo Taxi? – upewniła się, gdy tylko połączenie zostało nawiązane – Poproszę taksówkę przez Cmentarz Staromiejski. Na hasło: Ewa. Za pięć minut? Wspaniale, dziękuję.


Po pół godzinie była w domu, starając się nie chichotać na wspomnienie twarzy kierowcy, który ujrzał ją wychodzącą z bramy. Dobrze, że nie dostał zawału serca. Szybko wykąpała się, choć nawet gorąca woda nie mogła rozgrzać jej wyziębionego ciała. Wiedziała, co mogłoby wlać odrobinę ciepła w jej członki. Telefon od Pawła. Tak chciała, aby zadzwonił do niej jeszcze tego wieczora... Pragnęła tego jak jeszcze nigdy w życiu. Komórka jednak milczała. Przeżyła to jakoś, postanawiając sobie, że rano solidnie natrze mu za to uszu. Wzięła aspirynę, popijając ją gorącą herbatą i poszła spać, z nadzieją, że rano obudzi ją głos kochanka.

Obudziła się jednak sama, telefon pozostawał cichy. Nie było nawet żadnego SMS-a. Koło południa poczuła się w końcu na tyle wkurzona, że postanowiła sama zadzwonić. Długo nikt się nie zgłaszał, aż w końcu usłyszała w słuchawce obcy, kobiecy głos.
- Halo? Kto mówi?
Ewie odjęło mowę. Co to za obca baba?! I jakim prawem odbiera telefon JEJ mężczyzny! Opanowała jednak wściekłość i odpowiedziała, starając się powstrzymać komentarz, natrętnie cisnący się na usta.
- Dzień dobry, mówi Ewa. Czy to telefon Pawła? Chciałabym z nim porozmawiać... Z kim mam przyjemność?
Głos po drugiej stronie nagle zaniósł się spazmatycznym płaczem.
- Pani Ewa? O Boże, Paweł mi o pani tyle mówił! Pani Ewo, ja jestem mamą Pawełka... On... on... – Ewa usłyszała kolejny szloch
- Nie rozumiem – spytała, zdjęta nagłym strachem – Coś się stało?
- Pani Ewo... Paweł nie żyje.
- Co?! Co pani mówi?!
- Paweł miał wypadek samochodowy. Dwa dni temu. Wieczorem jechał do klienta... w jego samochód uderzyła rozpędzona ciężarówka. Przewieźli go do szpitala, ale.... o, Boże, pani Ewo... Nie udało się go uratować. Robili co mogli... Nawet nie odzyskał przytomności. Chciałam panią zawiadomić, ale nie miałam pani numeru. Pawełek zmarł wczoraj w południe.
- Zmarł wczoraj w południe... – Ewa poczuła, że w jej wnętrzu nagle rośnie ciężka, zimna kula lodu. Poczuła, że zbiera jej się na mdłości. Pokój zawirował wokół niej, a ona sama miała wrażenie, że wali się gdzieś w bezdenną ciemność. Słuchawka wypadła jej ze zmartwiałej nagle dłoni.
- Halo, pani Ewo? Pani Ewo, słyszy mnie pani...? Pani Ewo?

i.ravenheart@gmail.com
pisane w noc Halloween, AD 2008

llllonallll
09-06-09, 03:44
No cóż, trzeba przyznać, że masz talent!! Idealnie trafiłeś w moje gusta ;) świetnie się czytało a końcówka powalająca!! :clap::clap::clap:

Łobuz
10-06-09, 07:05
wow...

Kub_a79
10-06-09, 07:34
Nagroda Pulitzera się nalezy! :D